Blade Runner na Peloponezie

Doświadczenie Mari

Tego dnia miałem przejechać przez góry. Niewysokie. Oddzielające środkową część Peloponezu od wschodniego wybrzeża. To było w drugim tygodniu mojej podróży wokół wielkiego greckiego półwyspu.

Miałem w nogach ponad 1000 km, pod powiekami niezliczone ilości zatok i widoków morza, wspomnienie kilku fortów weneckich i wielu starych miasteczek, położonych na tak stromych zboczach, że jedne domy wyrastają na dachach innych. Ciągle na nowo przeżywałem niekończące się serpentyny dróg i te wszystkie odcienie wschodów i zachodów słońca, które widziałem codziennie. Myślałem, że już niewiele jest mnie w stanie zaskoczyć.
Mapa pokazywała dwie możliwe drogi: tę bardziej północną przejechałem kiedyś samochodem, południowa wydawała się o wiele mniej uczęszczana, bo prawie cała zaznaczona była na żółto. O niej nie wiedziałem nic.
Przyznam, że deprymują mnie nieco takie wybory. W końcu zawsze możemy wybrać tylko jedną możliwość i kawałek świata nam zawsze umyka.
W miejscowości Vlachiotis niedaleko wybrzeża Zatoki Lakońskiej kupiłem ostatnią kawę i bugkatzę (grecki przysmak poranny na słodko). W głębi lądu nie spodziewałem się już takich frykasów. Była połowa listopada, ścisły lockdown w Grecji, zamknięte wszystkie tawerny i pewne kłopoty z zaopatrzeniem. Po kilku godzinach jechałem już długą, szeroką doliną Vathia Chouni z wyschniętą o tej porze rzeką. Droga wznosiła się łagodnie do góry, podjazd nie był trudny, od ponad godziny nie przejechał obok mnie żaden samochód. Na początku otaczały mnie gaje dojrzewających właśnie mandarynek i pomarańczy, wyżej głównie drzewka oliwne i suche zarośla. Świat wydawał się taki piękny i łagodny; w końcu byłem już w Arkadii, więc może nazwa zobowiązuje.

Nie wiem nawet dlaczego pomyślałem, żeby posłuchać muzyki. Do tej pory nigdy tego nie robiłem. Nie miałem słuchawek, więc jedyna możliwość to był maleńki głośniczek zainstalowany w telefonie. Wstawiłem smartfona do uchwytu do nawigacji na kierownicy i zacząłem przeszukiwać mój zestaw płyt. Wiedziałem że jakość dźwięku będzie fatalna, więc potrzebowałem czegoś w wyraźnym rytmem. Zupełnie wbrew temu zatrzymałem się przy soundtracku z filmu Blade Runner. Rytmu wyraźnego nie ma tam wcale, nie słychać nawet perkusji, ale przecież to Vangelis, a jestem w Grecji, może (przewrotnie) będzie pasować? Dla żartu właściwie nacisnąłem przycisk PLAY.

Warto może przypomnieć, że Blade Runner uważany jest za jeden z najlepszych film sci-fi, a może nawet za jeden z najwybitniejszych filmów w historii kina. Ma też kongenialną ścieżkę dźwiękową, muzyka Vangelisa to z pewnością jedno z największych jego osiągnięć. Miałem do dyspozycji pierwszą wersję* soundtracka, wydaną w 12 lat po nakręceniu filmu. To wersja krótka, zawierająca tylko najważniejsze utwory, ale podobnie jak w innych edycjach, są tam także fragmenty dialogów. Znam ją na pamięć, jednak już pierwsze dźwięki wprawiły mnie w osłupienie. Syntezatorowe podkład dźwiękowy wskazywał w sposób oczywisty – jesteśmy w innym świecie. Tak jak ja w tamtej chwili, zupełnie poza cywilizacją, w miejscu rzadko nawiedzanym przez kogokolwiek, w listopadzie z lockdownem – całkowicie wymarłym. Na tym tle Deckard – główny bohater – rozmawia z maszyną. Próbuje rozpoznać na coraz większym powiększeniu przypadkowego zdjęcia, znak charakterystyczny jednego z replikantów – swojej przyszłej ofiary. Jak w wielu innych fragmentach filmu, wszystko odbywa się w zwolnionym tempie. Decker mówi powoli jakby zastanawiając się, czy raczej uważnie przyglądając się temu co widzi. A może chodziło też o to żeby „maszyna” zdążyła mu odpowiedzieć, wydając charakterystyczne elektroniczne sekwencje pisków i świstów. Jest też (niezamierzony) element humorystyczny. Na koniec Deckard prosi o wykonanie papierowej kopii 😀

W czasie tej pierwszej sceny mijałem właśnie ostatnie gaje pomarańczowe. Krajobraz stawał się nieco bardziej dziki, ale jeszcze bardziej zmieniała się moja percepcja. Czułem że muzyka otwiera mnie bardziej na świat. Ta łagodna dolina i kosmiczna muzyka Vangelisa zaczęła nagle układać się w większą całość czy raczej nową jakość. Na Pierwszy rzut oka były zupełnie inne i nie pasowały do siebie, ale na głębszym poziomie stanowiły całość. Muzyka wprawiała mnie w coraz większy zachwyt.

Wtedy pojawił się drugi fragment muzyczny – Blush Response i drugi dialog – pod pewnym względem najbardziej niezwykły, otwierający wątek miłosny filmu – Deckard spotyka Rachel. Tutaj wszystko jest nie po kolei i wszystko wydaje się mieć odwrotne znaczenie niż się na pozór wydaje. „Do you like our owl?” – pada na początku, bez żadnego przygotowania. I dopiero po wymianie kilku zdań bohaterowie się przedstawiają. Ale już po chwili pojawia się kluczowe i bezczelne w swej bezpośredniości pytanie: „”Have you ever retired a human, by mistake?” – co w języku filmowej opowieści znaczy po prostu „czy zabiłeś kiedyś przez przypadek człowieka?”

Odpowiedź Deckard’a pojawia się po dłuższej pauzie i mimo że brzmi „No”, wydaje się jakby on sam nie do końca w to wierzył. Ponownie rozmowa toczy się powoli, z dłuższymi przerwami oddzielającymi poszczególne zdania. Teraz jednak nie mamy już wątpliwości: na głębszym poziomie film ma konstrukcję operową, dialogi są tylko częścią (można nawet nie najważniejszą) całości wizualno-muzycznej. Muzyka Vangelisa komentuje nawet poszczególne zdania, jest zrośnięta z dialogami i całością fabuły w sposób idealny i nieczęsto spotykany w kinie. Jedną z cech tej „operowości” jest zupełnie nienaturalność dźwięku. Deckard i Rachel rozmawiają w ogromnym gabinecie Eldena Tyrell’a, ale nawet jego rozmiary nie tłumaczą monstrualnego pogłosu. Jakby to była jaskinia platońska, a nie gabinet przyszłościowej korporacji. Jednak ten pogłos idealnie współgra z muzyką w tle, która wkrótce przykrywa resztę dialogu i jest już najważniejszym elementem, i jak to często bywa w operze, intrygującym komentarzem tego co było przed chwilą i tego co widzimy obecnie.

Ciągle jechałem w górę doliny Vathia Chouni ale czułem coraz bardziej jakbym po trosze był na sali kinowej. Muzyka Vangelisa miała tę niezwykłą moc przywoływania obrazów futurystycznego Los Angeles, nawet gdzieś na wschodzie Peloponezu. Ciągle nie było żadnych samochodów, siedzib ludzkich ani nawet pojedynczych domów, ale na znakach drogowych coraz częściej pojawiała się nazwa – Mari. Zupełnie nie wiedziałem czego się tam spodziewać, ale samo brzmienie nazwy „Mari” miało w sobie jakąś magię i siłę przyciągania. To może nie przypadkiem słuchając Vangelisa na Peloponezie jedziesz do jakiegoś Mari? Albo…, może właśnie ze względu na Mari przychodzi ci do głowy, aby w środku niczego zacząć słuchać muzyki z Blade Runnera? 

Po kilku następnych kilometrach moje przeczucia „operowości” Blade Runnera znalazło kolejne potwierdzenie. Na płycie pojawia się fragment „Tales of the Future” z wokalną partią przyjaciela Vangelisa – Demisa Roussosa. Fani i krytycy filmu zadali sobie wiele trudu by odczytać o czym śpiewa Demis, a przynajmniej w jakim języku to robi. Bezskutecznie. Jego wokal brzmi nieco jak frazy arabskie, a może koptyjskie, bo Demis Rousos urodził się i wychował w greckiej diasporze w Kairze. W praktyce jednak nie jest to żaden język. Czy może jest to tytułowy język przyszłości, nie zdefiniowany jeszcze ale już obecny w głowach jego twórców i objawiony nam właśnie przez Roussosa?  Jak by nie było, w warstwie leksykalnej pozostaje niezrozumiały, w warstwie przekazywanych emocji i dopasowania do obrazów na ekranie – wznosi się na wyżyny. Idealnie współtworzy to co w tym filmie najważniejsze: wielopoziomowe, ukryte znaczenia, poczucie tajemnicy, raczej stawianie pytań niż udzielanie prostych odpowiedzi, odziaływanie obrazem i dźwiękiem muzyki bardziej niż wypowiedziami bohaterów.

Mijałem właśnie wioskę Mari kiedy Rutger Hauer zaczynał swój monolog, najważniejszy w całym filmie: „I’ve seen things, you people wouldn’t believe…” Piszę Rutger Hauer,  a nie Roy Betty (postać filmowa), bo monolog jest częściowo autorstwa Hauera, a aktor utożsamiał się z nim tak bardzo, że wspominał często ten moment do końca swojego życia. W filmie pada deszcz (kluczowy dla tej sceny), u mnie oczywiście świeciło słońce. Mari okazała się piękną, maleńką osadą  z pojedynczymi domami rozrzuconymi na zboczach doliny. Wyglądała na prawie opuszczoną, tym bardziej, że wiele domów zarastała zielona trawa i gęste zarośla. Tak jak w wielu innych miejscowościach po drodze, nie spotkałem tam nikogo. Mari była urokliwa, ale niewiele bardziej niż inne wioski na Peloponezie. Całkiem przeciętny zachwyt..

Ta kluczowa dla Blade Runnera scena jest właściwie dosyć niespodziewana i zaskakująca. Oto Betty zamiast zabić Deckard’a ratuje mu życie i objawia największą prawdę o kondycji ludzkiej.

“I’ve seen things, you people wouldn’t believe,
… attack ships on fire off the shoulder of Orion.
I’ve watched see Beams glitter in the dark near the Tannhauser Gate.
All those moments, will be lost in time like tears in rain…”

Ogarniał mnie rodzaj przerażenia. Zaczęło mi się wydawać jakby Roy Betty mówił do mnie, a raczej o mnie! Nie widziałem co prawda ataku kosmicznych myśliwców gdzieś na Pasie Oriona, nie byłem też nigdy przy Bramie Tannhausera, ale w trakcie mojej podróży wokół Peloponezu widziałem rzeczy, o których nie śniło się większości ludzi, i w które sam bym nie uwierzył wcześniej. I podobnie jak u Betty’ego nie chodziło o chwile obecną, ale o świat we wspomnieniu. Jakby gęstość wrażeń w chwili obecnej nie pozwalała ich w pełni docenić i dopiero później mogły one powrócić w obrazach pamięci, kiedy wokół z pozoru nie dzieje się już nic. Podróż byłaby zatem rodzajem gromadzenia obrazów przechowywanych zaraz pod powiekami, które muszą powrócić w bliskim wspomnieniu aby mogły być w pełni docenione.
Mistyczny krajobraz świątyń w Delfach, sielankowa atmosfera Nafpaktos/Lepanto, która znacznie później w pełni zrozumiałem, industrialna orgia stalowych konstrukcji na wielkim moście wiszącym obok Patry, niekończące się drogi wzdłuż samych plaż w zachodnim Peloponezie, Zatoka Navarino gdzie przez dwie godziny próbowałem sfotografować słońce, potężna forteca wenecka Methoni odbijająca szare kamienie murów w błękicie morza, cztery dni odkrywania zapomnianych gór Tajget wokół Kardamili, zupełne szaleństwo wizualne przylądka Tenaro na południowym końcu Europy z noclegiem na plaży zaraz obok wejścia do Hadesu; Mani – jako całość, kraina z mitu i ciągle przepięknej współczesności i Githio – przyczepione do pionowej skarpy nad samym morzem, gdzie z okna pokoju hotelowego przypatrywałem się wyspie Cranae, na której pierwszą wspólna noc spędzili Parys i Helena… Wszystkie te obrazy miałem przed oczami kiedy Betty wypowiadał swoje nieśmiertelne, ostatnie zdanie: „All those moments, will be lost in time like tears in rain”. Niezbyt optymistyczne ale pewnie w dużym stopniu prawdziwe. Może jednak nie wszystko stracone i część okruchów naszego życia da się ocalić od zapomnienia?Szczególnie jak jesteś w jakimś Mari – in the middle of nowhere – które ma magiczną moc przywracania wspomnień, choćby przez to, że stwarza dla nich przestrzeń.

Ale czy Mari jest rzeczywiście w środku niczego? 20 km na wschód, nad piękna zatoką otoczoną górami znajduje się wioska Kyparisi, gdzie księżna Diana spędziła swoje ostatnie wakacje. 30 km na północny-wschód, także znacznie bliżej morza położone jest Leonidio, z potężną czerwoną ścianą skał otaczającą miasteczko od północy – drugie po Kalimnos centrum wspinaczkowe w Grecji. Jeszcze dalej na północ, w podobnej odległości, kilkanaście sąsiadujących wiosek tworzy jeden z najbardziej archaicznych regionów Grecji, gdzie ciągle żywy jest najstarszy język Europy – tsakonika – wywodzący się bezpośrednio od starożytnych Spartan. A 40 km na południe leży perła średniowiecznej architektury – Monemvasia. To wszystko jednak trochę dalej lub trochę bliżej. Samo Mari jest rzeczywiście jakby w środku niczego.

Literatura polska zna co najmniej dwa takie miejsca – położone z dala od utartych szlaków, nie słynące z żadnych osiągnieć i nieobecne w przewodnikach. Nieważne w żadnej dziedzinie ale teraz już nieśmiertelne: Rovigo i Babadag. Tak nieważne a jednak stały się symbolem najbardziej podstawowych ludzkich doświadczeń. Rovigo to niewielkie miasto w północnej części Włoch, na Nizinie Padańskiej, położone przy linii kolejowej z Ferrary do Padwy. Teraz już nieśmiertelne bo Zbigniew Herbert nazwał w ten sposób jeden z tomów swoich wierszy. Babadag z kolei leży w południowej Rumunii, gdzieś między Deltą Dunaju a Konstancą. Bardziej znane stało się kiedy Andrzej Stasiuk swój najsłynniejszy tom prozy podróżnej zatytułował Jadąc do Babadag. Tak się składa, że byłem kiedyś w obu tych miastach. Rzeczywiście, nie ma tam nic. Oczywiście, relatywnie nic, w porównaniu z puchnącą od atrakcji rzeczywistością wszędzie wokół. Mari nie jest właściwie do nich podobne, znacznie mniejsze i znacznie bardziej… romantyczne. Wszystkie one mają jednak jedną wspólną cechę: magicznie brzmiąca nazwę. Rovigo, Babadag, Mari – banalne miejsca pozwalające docenić to co zupełnie niebanalne. Cudownie otwierające też na przyszłe doświadczenia, szczególnie jeśli jako katalizator zastosujemy muzykę Vangelisa.

Czyżby zatem doświadczenie Mari było najważniejszym etapem mojej wyprawy wokół Peloponezu? Skoro zachwyt, w który wtedy wpadłem ciągle mnie napędza, mimo że upłynęło już ponad poł roku, to pewnie tak.

Spośród kilku wersji zakończenia Blade Runnera najbardziej lubię to niejednoznaczne. Deckard i Rachel wsiadają do windy i znikają z kadru. Kamera pokazuje przez chwilę papierową figurkę jednorożca z orgiami, co może świadczyć, że Deckard jest także Androidem, ale nasi bohaterowie już tego nie widzą. Nic nie jest przesądzone, nie wiadomo czy im się uda uciec, nie wiadomo kim są i ile czasu im zostało. Pojawiają się końcowe napisy i ostatnia, długa sekwencja muzyczna. Ponownie jest to motyw lotu, bo właściwie cała muzyka Vangelisa do Blade Runnera to motyw lotu, ruchu i przemieszczania się. Chodzi pewnie głównie o statki kosmiczne i latające samochody policyjne, ale okazuje się że do jazdy na rowerze też świetnie pasuje. To może dlatego, wtedy, kilkanaście kilometrów przed Mari nacisnąłem właśnie ten przycisk PLAY? 😀

ZOBACZ TAKŻE

Tajemnicze życie cykady

Tajemnicze życie cykady w Litochoro i nie tylko Był środek upalnego lata, szczyt sezonu urlopowego. Stałem przed Muzeum Archeologicznym w Heraklionie na Krecie, wśród tłumu turystów. Delektowałem się porażającym słońcem …

+ CZYTAJ DALEJ

Pieczęć z Pylos

Pieczęć z Pylos Zapomniane Arcydzieło Jest maj 2015 roku. Teren wykopalisk archeologicznych w rejonie Pałacu Nestora, w południowo-zachodniej części Peloponezu, 15 km od współczesnego miasteczka Pylos nad zatoką Navarino. Skalista …

+ CZYTAJ DALEJ

Grobowce Królów Macedonii

Grobowce Królów Macedonii Metafizyka Verginy Na początku trzeba wybrać jakieś miejsce na mapie: Metsovo, Dolina Tempi albo Vergina. Nie może być zbyt blisko, podróż musi odzwyczaić od codzienności, przygotować do …

+ CZYTAJ DALEJ
Peloponnese by bike

Peloponez w cieniu Covid-19

Peloponez w cieniu Covid-19 Pięć tygodni jazdy na rowerze. 1435 km i ponad 17 tys. m przewyższeń. W sensie sportowym czy turystycznym to żaden wyczyn; nie chodziło jednak o rekordy, …

+ CZYTAJ DALEJ

Glistrokoumaria – greckie drzewo truskawkowe

Glistrokoumaria Greckie Drzewo Truskawkowe Po raz pierwszy zobaczyłem ją kiedyś na drodze z Litochoro do schroniska Stavros – Glistrokoumaria – greckie drzewo truskawkowe Fantazyjnie powykręcane gałęzie, trudny do określenia kolor, …

+ CZYTAJ DALEJ

Tajemnica magnetycznego napisu

Tajemnica magnetycznego napisu Sokrates w Litochoro Kupiłem sobie kiedyś magnes na lodówkę. Taki mały, gipsowy, odbity ze sztancy – tradycyjna pamiątka z wakacyjnych wojaży. Nie ma na nim morza, wiatraków, …

+ CZYTAJ DALEJ

Moje 55 szczytów na Olimpie

Moje 55 szczytów 100 km przez Olimp Przeszedłem 55 najwyższych szczytów na Olimpie. Zajęło mi to dokładnie 40 godzin, w tym około 5 godzin na sen. Dokładne parametry trasy trudno …

+ CZYTAJ DALEJ

Kolory Nafplio

01. Wschód Nafplio Port, Peloponnese 02. Poranek Akronaplio Fortress, Peloponnese 03. Południe Akronaplio Boulevard, Peloponnese 04. Popołudnie Karathona Beach, Nafplio, Peloponnese 05. Zachód Nafplio Port, Peloponnese

+ CZYTAJ DALEJ