Zadawałem sobie to samo pytanie:
rzeczywiście tu jestem, to dzieje się naprawdę?

PRZEWIŃ ABY ZOBACZYĆ WIĘCEJ

PODRÓŻE

Peloponez na rowerze.
W cieniu Covid-19.

15 STYCZNIA 2021 | PELOPONEZ | 16 MIN

Pięć tygodni jazdy na rowerze. 1435 km i ponad 17 tys. m przewyższeń. W sensie sportowym czy turystycznym to żaden wyczyn; nie chodziło jednak o rekordy, ale o bycie w drodze i delektowanie się innym światem.

Tej wyprawy mogło w ogóle nie być. Przyzwyczajenie wyniesione z północnych krajów… Rowerem w listopadzie, z małym namiotem? Śpiwór mam przecież za cienki, będzie zimno i może nawet padać deszcz… To może jednak poczekać do wiosny? Ale przecież jestem w Grecji, a na Peloponezie bywa zwykle kilka stopni więcej niż pod Olimpem… Moje krótkotrwałe dylematy rozwiązał na samym początku listopada covid z numerem 19, rozprzestrzeniając się szybciej w północnej Grecji niż na południu. Cały kraj został podzielony na dwie strefy: na północy zamknięto nawet tawerny, na południu miały być ciągle otwarte. Tego było już za wiele, wsiadłem na rower i pojechałem. 
Moim celem był Peloponez. A dokładnie, objechanie całego półwyspu wokół. Magiczność takiej trasy miała niejakie znacznie, niemniej ważne były jednak… wyższe temperatury spodziewane na wybrzeżu oraz rozmieszczenie zawodów biegowych, których trasy chciałem sprawdzić. Miała to być zatem wyprawa rowerowa, z krótkimi przerwami na bieganie. Miała też być wyprawą na przekór covidowi. Ze względu na pandemię żadne z tych zawodów w 2020 roku się nie odbyły.

Jazda na krawędzi

Wystartowałem z Livadii – małej miejscowości na trasie kolejowej z Salonik do Aten, daleko przed Peloponezem. Chciałem ponownie zobaczyć Delfy – ogromne, cudownie położone na stokach Góry Parnas, starożytne sanktuarium. Ale chciałem też powoli odzwyczaić się od znanej mi Grecji kontynentalnej i przygotować się na spotkanie z blaskiem Południa. Przez prawie 100 km jechałem wzdłuż Zatoki Korynckiej, jakby po krawędzi kontynentu, wąską, krętą drogą wyciętą w zboczach gór, mając Peloponez po drugiej stronie. Z tej perspektywy wyglądał rzeczywiście tajemniczo – przykryte chmurami, potężne gniazdo gór, wyłaniających się wprost z morza. Czy tam w ogóle ktoś mieszka? Są drogi i da się podróżować? Konfiguracja mojej trasy na tym początkowym odcinku okazała się dobrą zapowiedzią tego co było później. Właściwie cały czas jechałem po krawędzi. Morze Egejskie zawsze po prawej stronie – czasami na wyciągnięcie ręki, czasami widoczne nieco z oddali i góry wyrastające wprost z morza, zaraz po lewej. Z podziwem myślałem o budowniczych tej drogi – w jaki sposób udało im się wyciosać miejsce na dwa pasy ruchu w prawie pionowej skale?

Generalnie kierowałem się na zachód. Do wielkiego, wiszące mostu i miasta Patra, gdzie Peloponez się umownie zaczyna. Bo właściwie, po przekopaniu Kanału Korynckiego nie jest to już półwysep, a wyspa, połączona z resztą lądu kilkoma mostami. Miałem zatem okrążać Peloponez ruchem lewoskrętnym. Patra była też ostatnim dużym miastem na mojej trasie. Ruch na drogach, ludzie na ulicach, otwarte sklepy, tawerny i kawiarnie. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że widzę to po raz ostatni.

Peloponez w listopadzie

Jechałem w zachwycie. Błękit morza i błękit nieba, słońce każdego dnia, temperatura ponad 20 stopni, niekończące się zatoki i półwyspy, podjazdy i zjazdy na plaże. Niesamowite światło, przejrzyste jak kryształ powietrze, zadziwiająco dużo zieleni w krajobrazie, minimalnie tylko przyprószonej typową dla Grecji ochrą. Inne rośliny niż na północy, wszechobecne agawy i opuncje, zarośla drzew bambusowych, oczywiście oliwki (Kalamata jest na Peloponezie), gaje dojrzewających właśnie mandarynek i pomarańczy. I najbardziej niezwykłe, wschody i zachody słońca. Wiele razy spałem po prostu na plaży, zwyczajowa dawka ok. 100 km zajmowała mi zwykle cały dzień, miałem więc dużo czasu na obserwacje. Plastyczne oświetlenie w ciągu dnia, przed zachodem słońca nabierało jeszcze wyrazistości i głębi kolorów. Zaskakiwała mnie też moja dyspozycja. Nie będąc przecież na co dzień rowerzystą, każdego ranka z tą sama ochotą wsiadałem na rower i jechałem przed siebie. Bez zniechęcenia, ani żadnych problemów z wieloma godzinami w siodle, bez wielkiego zmęczenia. To może piękno świata wokół rekompensuje braki kondycyjne?
Tego wszystkiego się nie spodziewałem. W ogóle nie bardzo wyobrażałem sobie jak może wyglądać listopad na Peloponezie. Pamięć podpowiadała, że w krajach północy listopad to najgorszy miesiąc, nie ma właściwie żadnych kolorów, wiatr i chłód nie zachęcają nawet do wyjścia z domu, nie mówiąc już o 10 godzinach na rowerze. Tu na południu ta pamięć do niczego się nie przydawała. Wszystko wokół było tak inne i tak zaskakująco piękne, że co chwilę zadawałem sobie to samo pytanie: rzeczywiście tu jestem, to dzieje się naprawdę?

Koniec świata

Gdzieś w okolicy Półwyspu Methoni, na południowo-zachodnim krańcu Peloponezu, zastał mnie całkowity lockdown Grecji. Rząd tutejszy jest mniej więcej równie sprawny i przewidywalny w sprawie pandemii jak rząd polski. Ledwie jedne zarządzenia wchodzą w życie, już są zmieniane i wprowadzane inne. Całkowity lockdown oznaczał zamknięcie sklepów i tawern, oraz generalnie prawie wszystkiego co jeszcze było otwarte, a także zakaz przemieszczania się bez ważnych powodów. To ostatnie nie dotyczyło jednak turystów… wygląda jakby o nich zapomniano. Może trudno się dziwić, skoro podczas całej mojej podróży nie spotkałem ani jednego(!) rowerzysty z sakwami. I nawet jakbym chciał zastosować się do nowych przepisów i wrócić do domu w Litochoro, musiałbym dojechać najpierw do najbliższej stacji kolejowej, a ta była oddalona o kilkaset kilometrów. Jechałem zatem dalej!

Listopad także w Grecji jest całkowicie "poza sezonem", na drogach ruch był minimalny, miejscowości nadmorskie opustoszałe, większość hoteli i tawern zamknięta. Jednak to, co stało się po ogłoszeniu lockdownu, przechodzi wszelkie wyobrażenia. Takiego doświadczenia samotności i pustki nie przeżyłem nigdy wcześniej.

Jechałem kilka godzin główna drogą asfaltową i nie spotykałem ani jednego samochodu. Mijałem mniejsze i większe miejscowości i nie widziałem ani jednego człowieka. Kiedy spałem na karimacie na plaży, byłem sam. Od czasu do czasu zatrzymywałem się w hotelach (teoretycznie mogły być otwarte) – byłem zawsze jedynym gościem. Świat jak po wybuchu bomby neutronowej – ciągle cudowny krajobraz wszędzie wokoło, żadnych ekstremalnych zjawisk pogodowych, żadnych plag egipskich, stoją wszystkie budynki i całe miasta, tylko nie ma ludzi! To świat kończy się w ten sposób? Bez żadnych fajerwerków, fal tsunami, trzęsień ziemi i wybuchów wulkanów? Życie budziło się na chwilę tylko rano – wtedy mogłem nawet kupić kawę, serwowaną “na wynos” w nielicznych kawiarniach (chociaż w każdej miejscowości dało się znaleźć chociaż jedną), były też otwarte sklepy spożywcze, więc śmierć głodowa mi nie groziła. W ten sposób dojechałem do wioski Kardamili – pierwszego biegowego przystanku na mojej trasie.

Kardamili – wioska w Mani

Na mapie Peloponez ma kształt morwowego liścia, stąd jego historyczna nazwa – Morea. Ten liść wysyła na południe cztery mniejsze półwyspy, środkowy, najbardziej wysunięty w stronę Afryki nazywa się Mani, a Kardamili jest jedną z najważniejszych jego miejscowości. Mani to kiedyś kraina piratów i wszelkich buntowników. Wyjątkowo górzysta, nawet jak na Peloponez, z masywem Tajgetu (2407) przebiegającym przez środek, wioskami odsuniętymi zwykle od wybrzeża, tradycyjną architekturą z szarego kamienia i szarej dachówki i charakterystycznymi “wieżami mieszkalnymi” – całość bardzo malownicza, prawdziwa perła w koronie Peloponezu.
Kardamili znajduje się na północno-zachodnim krańcu Mani, w niewielkiej kotlinie z jednej strony otwartej na morze, z drugiej, odciętej od głównego masywu Tajgetu, niewysokimi ale pionowymi  skałami. Z wielu miejsc w wiosce widać Profitis Ilias – najwyższy szczyt Peloponezu, pokryty przez prawie pół roku śniegiem, mimo że Kardamili uznawane jest za jedno z najcieplejszych miejsc w Grecji.

Zawody które mnie tam zaprowadziły nazywają się Taygetos Challenge, rozgrywane są zwykle na początku marca, a główny dystans liczy prawie 40 km. Ze względu na wyższe temperatury w rejonie uważane są za pierwsze wiosenne zawody w Grecji, zjeżdża się tu cała krajowa czołówka, poziom sportowy rywalizacji jest wysoki. W 2020 roku, zostały najpierw przełożone na wrzesień, a później odwołane. Skoro zostały odwołane, przebiegnę trasę sam – pomyślałem dużo wcześniej niż pojawiłem się na starcie. Bo  dlaczego właściwie jakiś absurdalny wirus ma zmieniać moje plany? Załadowałem track gpx do zegarka i pobiegłem.

Taygetos Challenge

Nigdy nie spieszyłem się w mojej podróży, w wielu miejscach zostawałem na dłużej, w Kardamili mieszkałem cztery dni. Miałem zatem czas. Trasa Taygetos Challenge zaczyna się na głównym placu wioski, po czym wspina się stopniowo w górę kotliny. Kamieniste tarasy w dolnych partiach obsadzone są drzewkami oliwnymi, dalej są już tylko kamienie. Wbiega się coraz wyżej, zmienia się perspektywa, widać coraz więcej morza i coraz więcej cyprysów. Trasa prowadzi od wioski do wioski, jest często słabo widoczna, a w wiele miejscach krzyżuje się z innymi drogami tak, że bez pliku gpx z pewnością bym się zgubił. Gubiłem się zresztą także z nim, nie można przecież cały czas patrzyć na zegarek! Zatrzymywałem się, robiłem zdjęcia, podziwiałem świat. Trasa była trudna technicznie, nawet jak na greckie warunki. To że czasami od gajów oliwnych oddzielał ją podwójny murek wcale nie ułatwiało zadania, skoro tak dokładnie zdefiniowana droga cała wypełniona była wielkimi, zaokrąglonymi głazami. Jakby ktoś specjalnie je tam rozsypał. Drugą istotną atrakcją były kłujące zarośla i krzaki. W Grecji generalnie wszystkie prawie rośliny są kłujące, więc lepiej ich nie dotykać, te wydały mi się wyjątkowo ostre i wyjątkowo liczne. Kryzys dopadł mnie  mniej więcej w połowie trasy. Poharatany przez kolce różnego rodzaju i poparzony przez pokrzywy, zbliżałem się ogrodzonego terenu z bramą. Z napisów i znaków zorientowałem się, że to teren prywatny, ale dostępny w trakcie zawodów. A ja przecież… prawie na zawodach. Brama okazała się zamknięta tylko na haczyk, gorzej, że po drugiej stronie widziałem właściwie tylko zarośla, nawet w linii drogi. Gdyby było się gdzie wycofać, to chyba bym w tym momencie zawrócił. Ale nie było. Przedzierałem się zatem dalej, wyśpiewując pod nosem piosenki składające się prawie wyłącznie z wyrazów uznawanych powszechnie za obraźliwe. Jak to dobrze, że po drugiej stronie tego piekła była również brama, mogłem zatem przypuszczać, że teraz będzie nieco lepiej.

Jakoś w tych okolicach zdałem sobie sprawę, że jest już dosyć późno. Około 20-go kilometra trasa Taygetos Challenge zbliża się nieco do Kardamili, żeby po chwili oddalić się ponownie na “drugą pętle”.  Była godzina 15.00, nie miałem praktycznie żadnych szans przebiec pozostałem 17 km przed zmrokiem, a przedzieranie się przez kłujące zarośla po ciemku, to nie jest moja ulubiona aktywność. Postanowiłem skrócić trasę, skręcając bezpośrednio na ostatni, 8-kilometrowy zbieg do mety. Prawie dokładnie na zachód, widząc coraz lepiej Kardamili w dole i dostając zachodzące słońce na twarz. Nagrodą był prawie dwugodzinny spektakl przyrody. Coraz bardziej pomarańczowe i czerwone kolory, tafla morza na horyzoncie, opuszczone wioski z rozsypującymi się zabudowaniami, samotne kapliczki na wielkich kamiennych platformach, ścieżka poprowadzona na zmianę po prawie płaskich tarasach i przedzierająca się przez małe, wiszące ścianki. Domy Kardamili coraz lepiej odcinające się na tle nieba i pionowe, strzeliste cyprysy przecinające poziomą linię morza i ziemi. Przestałem w końcu biec, szedłem coraz wolniej, chciałem tam być jak najdłużej, zobaczyć jak wielka tarcza chowa się za horyzont, a później widać ten zielony błysk. Miałem moje 37 km, czyli tyle co oryginalna trasa, mimo że te kilometry nazbierałem częściowo błądząc poza trasą i zwiedzając wioski po drodze.

Już na dole spotkałem organizatora Taygetos Challenge. Powiedział mi, że wcale się nie dziwi takie ogromnej ilości krzaków i kamieni. Już na wiosnę wiedzieli, że zawody nie odbędą się w pierwotnym terminie, więc nie sprzątali trasy z kamieni i nie wycinali krzaków. To samo było z terminem jesiennym. Czyli na trasie którą chciałem pokonać nie było nikogo od ponad półtora roku. W Grecji ścieżki zarastają bardzo szybko, jeśli ich nikt nie utrzymuje i systematycznie czyści. Wygląda na to, że na Peloponezie dzieje się to jeszcze szybciej. Zawody biegowe nabierają zatem dodatkowej, nieoczekiwanej wartości.

Nafplio i sens podróżowania

Za Kardamili niespecjalnie szybkie tempo mojej rowerowej wyprawy spadło jeszcze bardziej. Raz że magiczna atmosfera Mani wciągała mnie coraz mocniej, w miarę jak przesuwałem się w kierunku Przylądka Tenaro, gdzie wg Homera było wejścia do Hadesu, a wg geografii najdalej na południe wysunięty punkt Europy.  Zdałem sobie sprawę, że ze względu na covida i lockdown dotarcie do dwóch pozostałych miejsc, gdzie rozgrywane są zawody biegowe z moich planów, może być mocno utrudnione. Zacząłem też rozumieć, że jestem nieco innym typem podróżnika. W odróżnieniu od wielu moich przyjaciół, nie napędza mnie ciągła potrzeba nowości, jazdy przed siebie i odkrywanie kolejnych miejsc. Wolę raczej dłużej rozkoszować się tym co już odkryłem, błąkać się po coraz to innych uliczkach poznanych miast, objeżdżać je z różnych stron, oglądać z różnych perspektyw i powracać do znanych z pozoru okolic, odkrywając je na nowo. Hydra i Methana będą musiały poczekać. Nie dotarłem tam tym razem, zostaną w planie na przyszłość. W końcu w podróżowaniu ważne jest także otwarcie na to co zupełnie nie zaplanowane i przypadkowe, nie wszystko przecież da się przewidzieć. Tak jak niesamowite miasto Nafplio. Prawie nic o nim nie wiedziałem, nie planowałem tam nawet jechać, a w końcu spędziłem w nim ponad dwa tygodnie, w ciągłym zachwycie. Ono skradło moje serce… Ale to już zupełnie inna historia.

Kilka uwag technicznych

Mój rower to Surly Krampus na kołach 29×3+, bez żadnej amortyzacji, napęd 1×11. Opony o szerokości pond 3 cale to największy rozmiar jaki stosuje się w dalekobieżnych rowerach, sprawdziły się znakomicie. Krampus był chyba pierwszym rowerem stworzonym do tzw. bikepackingu, czyli podróżowania z lekkimi sakwami przymocowanymi bezpośrednio do ramy, bez żadnych metalowych bagażników. Miałem dwie duże sakwy – pod siodłem i na kierownicy – firmy Ortlieb. Szczególnie ta na kierownicę to świetny wynalazek, nie rusza się i można do nie zapakować cięższe przedmioty. Dwie małe torby mocowane do głównego trójkąta firmy Alpkit – bardzo pomysłowe.
Zabrałem ze sobą mały jednoosobowy namiot Camp Minima Superlight (1 kg) ale nie rozłożyłem go ani razu. Było tak ciepło, że spałem pod gołym niebem, na dmuchanej macie z Decathlonu i w śpiworze… marki nieznanej. Miałem też świetne buty – Salewa Firetail GTX, nadające się równie dobrze na rower i do biegania (niestety już nie produkowane).

Nieco zmieniona wersja powyższego tekstu została opublikowana w magazynie Kingrunner Ultra No. 33, styczeń / luty 2021. Wszystkie zdjęcia pochodzą z mojej wyprawy rowerowej na Peloponez w listopadzie 2020. Używałem  telefonu LG V30, zdjęcia nie były w żaden sposób poprawiane czy modyfikowane. Rysunek roweru: Bikepacking.com

peloponez na rowerze

ZOBACZ TAKŻE

Goumarostali Vertical Mile

Logo zawodów Goumarostali Vertical Mile na pierwszy rzut oka przypomina tarczę rycerską. Podobny kształt, główny napis na górze i postać patrona w samym środku.

+ ZOBACZ WIĘCEJ

Blade Runner na Peloponezie

Tego dnia miałem przejechać przez góry. Niewysokie. Oddzielające środkową część Peloponezu od wschodniego wybrzeża. To było w drugim tygodniu mojej podróży wokół wielkiego greckiego półwyspu.

+ ZOBACZ WIĘCEJ

Pieczęć z Pylos

Jest maj 2015 roku. Teren wykopalisk archeologicznych w rejonie Pałacu Nestora, w południowo-zachodniej części Peloponezu, 15 km od współczesnego miasteczka Pylos nad zatoką Navarino.

+ ZOBACZ WIĘCEJ

Grobowce Królów Macedonii

Na początku trzeba wybrać jakieś miejsce na mapie: Metsovo, Dolina Tempi albo Vergina. Nie może być zbyt blisko, podróż musi odzwyczaić od codzienności, przygotować do tego co nowe i niespodziewane.

+ ZOBACZ WIĘCEJ

Korfu – samochodowa ballada

Nieodłącznym elementem krajobrazu wyspy Korfu są porzucone samochody. Chociaż “porzucone” to właściwie nie najlepsze słowo. Sugeruje ono, że ktoś niedbale zostawił samochód w przypadkowym miejscu – a tu z pewnością …

+ ZOBACZ WIĘCEJ