Hello darkness, my old friend, I've come to talk with you again

PRZEWIŃ ŻEBY ZOBACZYĆ WIĘCEJ

BIEG

Rodopi Ultra Trail

100 mil przez greckie Bieszczady

1 CZERWCA, 2022 | HAIDU, RODOPY | 16 MIN

Każdy bieg pojawia się na początku w opowieści. A zaraz potem w wyobraźni, która nie pozwala zapomnieć i coraz natarczywiej domaga się realizacji. Wielu przyjaciół opowiadało mi o Rodopi Ultra Trail. Mówili, że to bieg wyjątkowy, zupełnie niepodobny do innych w Grecji, że jest tam niezwykła atmosfera i magia.

Nawet pobieżny przegląd wskazuje, że mogło być w tym wiele prawdy. Bieg rozgrywany jest w dzikich Rodopach, start i meta zlokalizowane są na turystycznej polanie w sercu gór, po drodze znajduje się tylko jedna prawdziwa wioska.  Nie widać Morza Egejskiego, nie ma tej niezwykłej świetlistości powietrza, tak charakterystycznej dla greckich biegów, szczególnie tych rozgrywanych na wyspach. Jest za to październikowy termin, kapryśna często pogoda, długa noc, a nawet (o zgrozo) bywa błoto! Nic dziwnego zatem, że zaproszeniem na bieg jest cytat ze słynnej piosenki Simon & Garfunkel – The Sound of Silence:

“Hello darkness, my old friend
I’ve come to talk with you again
Because a vision softly creeping
Left its seeds while I was sleeping
And the vision that was planted in my brain
Still remains
Within the sound of silence “

najbardziej odludne miejsce w Grecji

Bieg ultra to zawsze wyprawa do innego świata, szczególnie jak ten bieg ma mieć ponad 160 km długości. A ROUT to z pewnością inny świat. Jechaliśmy tam długo, z Litochoro z postojem w Salonikach. Był czas żeby odzwyczaić się od Olimpu, wejść na chwilę w wielkie miasto i powoli zbliżać się do celu. Podążaliśmy starożytną drogą Egnatia Odos w stronę granicy z Bułgarią. Autostrady wszędzie są do siebie nieco podobne, ta wyróżniała się tym, że ruch był na niej pięć raz mniejszy niż w Polsce. Za miasteczkiem Xanti zjechaliśmy z głównej trasy i skręcili w góry. Około 50 km krętą, wąską drogą. Cały czas asfalt, ale miejscami lekko “nadwyrężony”, krawędzie zarastały ponownie leśnym runem, a w spękanym asfalcie pojawiały się krzaki, nawet na samym środku tej zapomnianej nico arterii. Trudno się dziwić, skoro przez całe 50 km nie spotkaliśmy ani jednego samochodu!
Rodopy przypominają nieco polskie Bieszczady – są puste, bo podobnie jak południowo-wschodni kraniec naszego kraju, pogranicze grecko-bułgarskie było obszarem czystek etnicznych. Tyle tylko, że były to czystki na znacznie większą skalę niż u nas, a wszystko co najgorsze działo się tam ponad sto lat temu. 

Na końcu drogi nie było nawet wioski czy miasteczka. Naszym celem była turystyczna polana w lesie, na wysokości 1300 m. n.p.m., nazywana w przez wszystkich Haidou. Na polanie było kilka domków kempingowych, ale znakomita większość uczestników mieszkała w namiotach. Nie pozostało nic innego jak dopasować się do tego trendu 🙂 . Postawiłem na minimalizm: śpiwór Fjord  Nansen 640 g., dmuchana mata do spania Forclaz Air Structure 510 g. i dwuwarstwowy namiot – CAMP Minimal SL I 1000 g. Zastanawiałem się jak to zadziała, bo z zamiłowania nigdy nie byłem zwierzęciem kempingowy. Tym bardziej, że mój namiot po rozłożeniu sięgał najwyżej do wysokości kolan 🙂 Siedzieć w nim w żaden sposób się nie da, na długość też nie jest rekordzistą, ale ponieważ ja nie jestem wielkoludem, zdołałem się jakoś wczołgać do środka. Za to wszystko było pod ręką: komórka, czołówka, zegarek, nawet cały plecak zmieścił się do środka. Generalnie moja “kwatera” przed biegiem w żadnym stopniu nie przypominała hotelu pięciogwiazdkowego ani nawet górskiego schroniska  🙂 Z całą pewności – zupełnie inny świat. Dobry wstęp do wyjątkowego przeżycia.
Warto jeszcze dodać, że pogoda była znakomita: w dzień słońce i 25 stopni, w nocy rozgwieżdżone niebo i około 12 stopni.

biegniemy za szybko

Start zaplanowano na 6 rano. Ruszyliśmy w ciemnościach, 134 śmiałków z czołówkami. Początek łatwy, szeroka szutrówka, lekko z górki. Tempo za szybkie, jak na 100 mil, ale pocieszałem się, że jak jest zbieg, to trzeba wykorzystać grawitację. Biegłem z innymi ale zupełnie nie wiedziałem w jakim tempie powinienem się poruszać. Nowy dla mnie (i bardzo długi) dystans sugerował ostrożność, ale lekki zbieg zmienił się wkrótce w szybki i piękny downhill , z bajkowo powykręcanym single trackiem w urokliwym lesie. Czegoś takiego nie da się pokonywać w leniwym tempie 🙂
Wstało słońce i świat nabrał kolorów. Dało się coraz lepiej zorientować przez jakie właściwie góry biegniemy. Nie wiem dlaczego, ale wcześniej wyobrażałem sobie, że w większości będą to szerokie szutrówki. W praktyce dróg tego rodzaju było może 15 %. Cała reszta to piękne, wąskie i bardzo często kamieniste, ścieżki. Niby cały czas biegliśmy przez las, ale w tym lesie było ogromnie dużo skał, czasami wystawały jak potężne ostańce powyżej korony drzew, znacznie częściej, skalne ścianki spotykaliśmy zaraz obok szlaku, biegło się zatem po kamieniach. Ponownie okazało się, że greckie ścieżki są znacznie bardziej trudne technicznie od naszych.

Około 65 km miałem już za sobą pierwszy kryzys. Z pewnym zdziwieniem obserwowałem jak na zbiegu z łatwością doganiam innych. Postanowiłem wtedy po prostu obserwować siebie. Niespecjalnie nastawiać się na jakiś czas na mecie czy tempo, po prostu poruszać się w jakimś tam tempie i obserwować co przyniesie czas.

Zdałem sobie wtedy sprawę, że tak na prawdę wystartowałem w tym biegu z ciekawości. Chciałem sprawdzić, co dzieje się za oswojoną wcześniej dosyć dobrze, granicą 100-120 km? Czy nogi ciągle chcą się poruszać? Czy mięśnie nie rozpadają się na czynniki pierwsze? Czy powietrze ciągle trafia do płuc, a serce pompuje krew? Jakie to uczucie, biec dalej niż kiedykolwiek wcześniej?

noc i przekraczanie granicy

Z tej perspektywy, wszystko do 120 km było niezbędnym wypełnieniem.
Biegłem zatem. Przyszła noc i było dobrze. Na nią też czekałem. Wiedziałem że przynosi zmianę, wszystko staje się bardziej ciche i spokojne, zwalniam i bez problemu znajduje na to obiektywne wytłumaczenia – w ciemnościach, z czołówką na głowie widać wszystko znacznie gorzej. Na punktach żywieniowych i kontrolnych pojawiają się ogniska i przyjazne ciepło. Trzeba tu wspomnieć, że na całej, stumilowej trasie ROUT znajduje się jedna wioska (Prasinada na 27 km – wbiega się do niej dwukrotnie, także pod koniec biegu) i może 4 km asfaltu. Punktów  kontrolnych, gdzie spisywane są numery startowe, jest bardzo dużo (20) – nawet w samym sercu lasu, na kompletnym odludziu spotyka się takie bratnie dusze. Za to prawdziwe punkty żywieniowe – z jedzeniem i piciem są 3(!), a ponieważ do dwóch wbiega się dwukrotnie, daje to całkowita liczbę równą – 5.  Zdecydowanie jest to inny świat – Łemkowyny nie przypomina wcale. 
O Łemkowynie myślałem w nocy, kiedy przypomniały mi się opowieści ludzi, którzy zasnęli na trasie. W Beskidzie Niskim jest to możliwe, bo taki zasypiający zawodnik przewraca się po prostu w błoto, co jest w miarę bezpieczne (chociaż oczywiście – może się utopić 🙂 ). Tutaj zasnąć się nie da, bo ze względu na kamieniste podłoże, każdy krok wymaga pełnej koncentracji, z groźbą poważnej kontuzji lub śmierci spowodowanej upadkiem w przepaść. Rzeki  w Rodopach płyną bowiem często na dnie głębokich na 20, 50 czy 100 metrów wąwozów, o pionowych ścianach, a ścieżka u góry, wzdłuż krawędzi ma szerokość niewiele większą niż stopa biegacza. W takich miejscach raczej nie warto zamykać oczu 🙂

Gdzieś w nocy przekroczyłem moją magiczną barierę 120 km.  I co? No i nic! Wpatrywałem się w zegarek wiele razy, a jak już przyszedł ten moment, zdałem sobie sprawę, że zegarek jakiś czas temu nieco zwariował i podaje nie do końca wiarygodne informacje. W pewnym momencie przekroczyłem tę granice, ale tak na prawdę nie wiem dokładnie kiedy to było. Cóż jednak znaczy granica, to przecież tylko jakaś cyfra, czysta abstrakcja, a ciało rządzi się jakimiś nie znanymi do końca regułami, odczuwając zmęczenie, przeżywając kryzysy i je pokonując. Tutaj było podobnie. Około 95 kilometra wydawało mi się, że zupełnie opadłem z sił i całą resztę trasy przemaszeruję, a na 135 km ponownie biegłem, w radości wyprzedzając kilku zawodników. Niemniej, byłem coraz bardziej zmęczony. Czy bardziej niż na innych biegach? Chyba nie… W każdym razie, w pewnym momencie, w środku nocy, przystanąłem i oparłem głowę o drzewo. Zamknąłem oczy. Świat natychmiast zawirował, wszystko kręciło sie wokół jakbym biegł bardzo szybko i we wszystkich kierunkach. Oczami duszy widziałem cała dotychczasową trasę i to co mnie jeszcze czeka. Jakbym bezpośrednio mógł objąć cały świat wokół. To było bardzo przyjemne. Później jeszcze kilka razy zatrzymywałem się w ten sposób, przywołując to niezwykłe zjawisko.

To może po to to wszystko? Żeby móc stanąć w nocy, pod drzewem, w górach, z szalonym zawrotem głowy?

czy chcę to zrobić jeszcze raz?

Dobiegłem w końcu do stacji Zarkadia. Trasa ROUT ma kształt lassa: duża pętla, a na początku i na końcu dobieg do niej, po tej samej trasie w dwóch różnych kierunkach. Zarkadia jest na końcu tego dobiegu (albo na początku w drodze powrotnej). Od startu dzieli ją ok. 40 km, tyle zatem zostało mi do mety. Na początku pokonanie tego odcinka zajęło mi 5 i pół godziny, w drodze powrotnej – 10 godzin i 20 min! I to jest w miarę dobra miara mojego zmęczenia. 
Na metę wbiegałem jednak jakbym zmęczenia nie czuł zupełnie, w pełni szczęśliwy. Nic mnie nie bolało, nie miałem żadnej kontuzji, żadnych pospinanych czwórek czy płonących achillesów. Cieszyłem się też, ze ultra wcale się jeszcze nie kończy. Nie wracam jeszcze do cywilizacji, cały czas jestem na pięknej polanie w środku wielkich lasów i gór, i czeka mnie kolejna noc w moim mikro namiocie – ultra wyzwanie 🙂

Po tygodniu czułem się jeszcze lepiej. Nie wypłynęły jakieś ukryte kontuzje czy opóźnione bóle. Kiedy zatem jest najlepszy czas żeby spróbować przebiec swoje pierwsze 100 mil? Oczywiście, nie jestem debiutantem, od 5 lat biegam po ok. 4 tyś km rocznie. Ukończyłem kilkadziesiąt zawodów ultra, tylko w tym roku cztery biegi po około 100 km. Jednak ROUT przebiegłem właściwie z treningu rowerowego. Czułem że biegów na zawodach miałem w tym roku wyjątkowo dużo i dlatego próbowałem sie oszczędzać, raczej odpoczywać od biegania, niż zwiększać kilometraż. Rower zapewniał mi pewien rodzaj treningu wytrzymałościowego.

Ze 134 zawodników na początku, do mety – w limicie 40 godzin – dotarło 97, całkiem niezły odsetek jak na tak długi bieg. Ostatecznie zająłem 32 miejsce z czasem 32 godz. 23 min. Cały czas się zastanawiam czy chce to powtórzyć?

ROUT Classic 100 miles
Distance: 176 km.
Elevation gain: +9000/-9000 m.
Date: 14-16.10.2022.
Additional distances: none.
Start/finish: Haidou, Rodopi.

ZOBACZ TAKŻE

Zawody biegowe w Grecji

Przegląd ważniejszych greckich biegów górskich, ale tylko tych, w których brałem udział, lub co najmniej znam trasę, bo przebiegłem ją poza zawodami (dwa takie przypadki).

+ CZYTAJ DALEJ

Lost Trail

Na jakiejś mapie pogody zobaczyłem, że do Grecji zbliża się tajfun Janus. Ale tajfun na Morzu Śródziemnym? Przecież tu prawie nie wieje wiatr. Cokolwiek to było, przywiało nad Olimp ciężkie …

+ CZYTAJ DALEJ

Olympus Mythical Trail

Spośród wielu greckich wynalazków sport zrobił chyba największą karierę. Filozofii prawie nikt już nie uprawia, nauki prawie nikt już nie ceni, a sport święci triumfy.

+ CZYTAJ DALEJ

Goumarostali Vertical Mile

Logo zawodów Goumarostali Vertical Mile na pierwszy rzut oka przypomina tarczę rycerską. Podobny kształt, główny napis na górze i postać patrona w samym środku.

+ CZYTAJ DALEJ