2 MAJA 2025 | CHANIA | 23 MIN
Mój nowy niebieski dom na Krecie
Życie w starym tureckim hammamie
2 MAJA 2025 | CHANIA | 23 MIN
Mój nowy niebieski dom na Krecie
Życie w starym tureckim hammamie
Halepa w 1907 roku. Widok z tarasu dawnego konsulatu francuskiego na wschód
Świadomy wybór jest przereklamowany. Wiele z najsłynniejszych miejsc ludzkiego bytowania na ziemi nie zostało wybranych świadomie przez człowieka – zostało mu niejako narzucone z zewnątrz: a to koń ciągnący wóz nie chciał dalej iść, a to ktoś miał sen z objawieniem, że właśnie tu powinien wybudować miasto, a wiele miejsc kultu religijnego zostało wybranych bo ktoś usłyszał głos Pana. Człowiek nie decyduje gdzie, człowiek odczytuje znaki.
Tak samo było z moim nowym domem na Krecie. Nie szukałem nowego miejsca, samo do mnie przyszło. W roli posłańca objawiającego znaki wystąpił mój przyjaciel Petro, który powiedział mi, że w jego budynku zwolniło się mieszkanie i może chciałbym je zobaczyć. Co ciekawe, wnętrze to wcale mnie nie zachwyciło, jednak w trakcie oglądania właściciel mimochodem wspomniał, że w tym samym budynku jest jeszcze jedno mieszkanie do wzięcia. Tym razem nie miałem wątpliwości, to może być moje miejsce.
Kreta, Chania, Halepa
Mój nowy dom na Krecie położony jest w Chanii, we wschodniej części miasta, w dzielnicy Halepa. Prawie na szczycie góry, z widokiem na morze, chociaż z moich okien akurat niewiele widać. Do północnego wybrzeża Wyspy mam 500 m w linii prostej, do wybrzeży Morza Libijskiego na południu około 35 km. Całkiem niedaleko przebiega też nasza kreteńska „autostrada” łącząca miasta na północnym wybrzeżu, którą w godzinę mogę dojechać do Kissamos na zachodzie, a w trzy godziny do Agios Nikolaos na wschodzie. Z punktu widzenia moich codziennych aktywności istotna jest informacja, że do podnóża najbliższej prawdziwej góry (500 m wysokości) w Nerokouru – mam tylko 6 km, mogę zatem łatwo dojechać tam na rowerze. Żeby przybliżyć skalę Wyspy wspomnę jeszcze, że z mojego domu jestem w stanie przebiec całą Kretę z północy na południe w ciągu jednego dnia, nawet jeśli po drodze będzie Pachnes (2453) – najwyższy szczyt Lefka Ori (Białych Gór). Taka trasa ma około 70 km długości i 3000 metrów przewyższeń. Białe Góry pozostają zresztą podstawowym miejscem moich eksploracji i dlatego kilka lat temu wybrałem Chanie jako miejsce do życia.
„Arystokratyczne” budynki na terenie Halepy. Od lewej: Pałac Wysokiego Komisarza (w ruinie), kosulat angielski (obecnie hotel), dom Eleftherisa Vanizelosa (muzeum).
Halepa wczoraj i dziś
Halepa uznawana była kiedyś za dzielnicę arystokratyczną, położoną poza murami miejskimi, nieco dalej od centrum, na wzgórzach. Współcześnie trudno wyczuć tu jakiś arystokratyczny klimat, chociaż kiedy wracam do domu główną kiedyś ulicą Halepy, rzeczywiście mijam po drodze budynki dawnych konsulatów wielkich mocarstw (Kreta na początku XX wieku była autonomicznym państewkiem ze stolicą w Chanii – stąd te konsulaty), pałac Wysokiego Komisarza Księcia Jerzego (najładniejszy z nich wszystkich, niestety opuszczony) i dom Eleftheriosa Venizelosa – jednego z najbardziej zasłużonych polityków greckich z początku XX wieku, który urodził się na Krecie i przez wiele lat tu mieszkał.
Współczesna Halepa to mozaika nowych budynków wielorodzinnych, historycznych konstrukcji z różnych okresów i… ruin. Jak wszędzie w Grecji, ruiny w mojej dzielnicy są wszechobecne. To zarówno całe budynki, opuszczone stosunkowo niedawno, bo ciągle da się łatwo rozpoznać ich kształt, a przy odrobinie zaangażowania dałoby się przywrócić je do życia, domy bez dachów i ścian, które pierwotny kształt dawno zatraciły, a przypisanie ich do jakiegoś stylu i okresu historycznego jest już mocno utrudnione oraz rozsiane gdzieniegdzie antyczne prawdopodobnie fundamenty (co na Krecie może oznaczać okres trzech i pół tysiąca lat) skoro nikt nie ośmielił się ich do końca rozebrać i wybudować na tym miejscu czegoś nowego.
Halepa to w końcu ciągle dosyć dzika dzielnica, o nieco wiejskim klimacie, pełno tu stromych wąwozów, opuszczonych gajów oliwnych, sadów pomarańczowych i kaktusowych zarośli. Ze względu na tę dzikość krajobrazu – i dobrze utrzymane przydomowe ogródki – Halepa jest bardzo zielona. Budynki z różnych okresów historycznych mienią się odcieniami beżu, brązu, a czasami nawet różu, ruiny mają kolor intensywnej ochry.

Dom Veli Pashy z 1852 r.
Odnoszę wrażenie, że w mojej dzielnicy niewiele jest pozostałości muzułmańskich, w każdym razie mniej niż w centrum Chanii. Niemniej, dom w którym mieszkam pochodzi z okresu panowania tureckiego na wyspie i ma co najmniej 170 lat. Wybudował go w 1852 roku Veli Pasha, według niepotwierdzonych informacji, na weneckich fundamentach. Veli Pasha przez kilka lat był Gubernatorem Krety, a więc najważniejszym przedstawicielem tureckich władz na wyspie. W historii walk turecko-greckich połowy XIX wieku nie zapisał się najlepiej, w przeciwieństwie do swojego ojca – Mustafy Neili Pashy – który gubernatorem wyspy był ponad 30 lat i próbował jak się wydaje działać w kierunku zbliżenia grecko-tureckiego.
Mój dom jest duży, ma kilka kondygnacji, a jego kształt jest skomplikowany i trudny do ogarnięcia. Umiejscowienie na stromym stoku powoduje, że różnice wysokości miedzy stroną południową a północną są – mówiąc delikatnie – dość znaczne. Jego mniej istotnie części i małe przybudówki popadły w ruinę i dzisiaj trudno rozpoznać, że kiedyś były częścią całego założenia. Dom wybudowany jako rezydencja jednej rodziny został obecnie podzielony na kilka mieszkań, z oddzielnymi wejściami z różnych stron, na różnych poziomach. Budynek płynnie łączy się z ogrodem, czy mówiąc bardziej precyzyjnie z oddzielnymi ogródkami albo podwórkami, rozmieszczonymi na różnych poziomach ze wszystkich stron i oddzielonymi od siebie mniejszymi i większymi murkami. Całość może wyglądać na jeden wielki chaos ale dla obecnych mieszkańców jest to przestrzeń bardzo funkcjonalna. Jakby tego wszystkiego było mało, w najwyższej części naszego ogrodu bez trudu da się rozpoznać pozostałości dawnej pralni na wolnym powietrzu, a w budynku znajduje się tunel dla pieszych i rowerzystów, który łączy sąsiadujące ulice i stanowi bardzo praktyczny skrót między dwoma częściami Halepy.
Czym był hammam w Islamie?
W tej rozbudowanej rezydencji przestrzeń, którą ja zajmuje jest chyba najmniejsza i znajduje się w najwyższej, północnej części. Najciekawsze, że kiedyś był to hammam czyli turecka łazienka.
Hammam w kulturze islamu jest zjawiskiem bez porównania ważniejszym niż jakakolwiek łazienka w kulturze chrześcijańskiej. Wynika to przede wszystkim z powodów religijnych: rytualne obmycie się było obowiązkowe przed wejściem do świątyni na modlitwę. Dlatego w całym świecie Islamu powstało tysiące publicznych hammamów – łaźni dostępnych dla każdego, często bardzo rozbudowanych, z wieloma pomieszczeniami i mimo religijnego pochodzenia, miejsca te nie zawsze umieszczone były w okolicy świątyń. Hammamy w prostej linii wywodzą się z rzymskich łaźni, jednak w odróżnieniu od antycznych przodków część edukacyjna nie była w nich tak rozbudowana albo nie było jej wcale, a zamiast basenów ze stojąca wodą, używano wody bieżącej.
Hammamy w świecie islamu były często fundowane przez władców i bogato zdobione. Na zdjęciu po prawej stronie widać charakterystyczne półkoliste sklepienie z otworami do odprowadzania pary wodnej. Od lewej: Hammam Al-Nouri, Liban; Sultan Amir Ahmad Hammam, Kashan, Iran; Cagaloglu Hammam, Stambuł.
Odczytywanie znaków przeszłości
Hammam, który istniał kiedyś w moim obecnym mieszkaniu nie był oczywiście publiczny; był częścią prywatnej rezydencji, ale ponieważ rezydencja była sporych rozmiarów, moje wnętrze przewyższa wielkością nawet duże łazienki w najbardziej komfortowych współczesnych willach. Próbuje sobie wyobrazić jak ten hammam kiedyś wyglądał, a dzięki temu lepiej zrozumieć dzisiejszy wygląd mojego studio. Mała próba ćwiczeń z wyobrażonej archeologii.
Sufit mojego „apartamentu” jest płaski i betonowy, z wyraźnie odciśniętymi wzorami drewnianych desek, służących jako tymczasowa podstawa. Jednak hammamy miały w większości sklepienia kopułowe, z małymi otworami (czasami w kształcie gwiazd) do odprowadzania nadmiaru pary wodnej. Prawie na pewno sufit jest o wiele bardziej współczesny niż cała reszta, tym bardziej, że na moim dachu sąsiad z góry ma taras.
Nawet w najmniejszych hammamach było oddzielne pomieszczenie gdzie stał duży piec do podgrzewania wody i powietrza, które rurami było doprowadzane do głównej części. I rzeczywiście taka mała przybudówka znajduje się przy moim mieszkaniu, chociaż nie ma tam już żadnego pieca. Jeśli mój hammam był na prawdę komfortowy, łatwo wytłumaczyć też dlaczego moje wnętrze jest bardzo wysokie (4m) i schodzi się do niego w dół po kilku stopniach. Otóż prawdziwe hammamy miały podgrzewane podłogi – część gorącego powietrza była kierowana do specjalnych kanałów umieszczonych pod posadzką. Kanały zajmowały oczywiście pewną przestrzeń, a jeśli współcześnie zlikwidowano wszelkie konstrukcie w podłodze, poziom obniżył się o dobre pół metra. Nowością są też z pewnością moje dwa duże okna od południowej strony. Hammamy – z oczywistych powodów – nie miały okien wcale lub miały okienka bardzo małe.
Wydaje się że moja łaźnia nie była podzielona wewnętrznie, składała się tylko z jednej części, tzw gorącej. Nie było w niej też pomieszczenia, które współcześnie nazwalibyśmy przebieralnią. Tę funkcję spełniało otoczone murem podwórko, o takiej samej prawie powierzchni jak wnętrze, tym bardziej, że ciągle stojące kolumny wokół mogły łatwo służyć do podtrzymywania lekkiego dach, osłaniającego przed słońcem i niepowołanym wzrokiem.
Nowe z pewnością płytki podłogowe na całej powierzchni uniemożliwiają jakiekolwiek dociekania nad szczegółami hydrauliki, czyli obiegu wody w hammamie Velii Pashy. Pewne jest natomiast, że część toaletowa (WC) łaźni znajdowała się dokładnie w tym samym miejscu gdzie moja współczesna łazienka, na lekkim podwyższeniu, od północnej strony. Być może także tam znajdował się odpływ wody z całego hammamu.
Zastanawiam się czy powinienem dziękować idei muzułmańskiego hammamu za koncepcję przepływającej wody zamiast basenu kąpielowego? Czy dzięki temu właśnie, mimo że mieszkam w dawnej łaźni, moje wnętrze jest bardzo suche, bez wilgoci tak powszechnej w greckich domach?

Mustafa Naili Pasha
Giritli (Cretan) Mustafa Naili Pasha był ojcem Veli Pashy, który w 1852 roku zbudował dom w którym mieszkam. Jego postać to świetny przykład poplątanych ludzkich losów, nieoczywistych tożsamości etnicznych i niesamowitej mieszanki kulturowej, tak charakterystycznej dla dawnej Krety, a współcześnie coraz bardziej usuwanej ze zbiorowej świadomości.
Mustafa Naili urodził się w 1798 roku w małej wiosce Polyen na północno-zachodnich rubieżach ottomańskiego imperium. Obecnie ta miejscowość nazywa się Pojan, położona jest we wschodniej Albanii, 8 km od jeziora Prespa. Mustafa już we wczesnym dzieciństwie spędził kilka lat w Egipcie, a w 1809 roku wuj wysłał go do Hijaz – prowincji na terenie dzisiejszej Arabii Saudyjskiej. Mustafa spędził tam 10 lat i pozostawał w tym czasie na służbie (czy raczej na wychowaniu, ze względu na młody wiek) Mehmeta Ali władcy Egiptu, który również wywodził się z Albanii.
W 1821 roku Mehmed wysłał Mustafę na Kretę. Przez kilka pierwszych lat dowodził on muzułmańskimi wojskami na wyspie, później przez wiele lat był gubernatorem Krety, zarówno z ramienia Mehmeta, a więc Egiptu, jak i później w imieniu sułtana tureckiego ze Stambułu. Wydaje się, że nie miał jakichkolwiek uprzedzeń etnicznych. Próbował uregulować stosunki grecko-tureckie, powołał nawet radę chrześcijańsko-muzułmańską i liczył, że uda mu się uzyskać poparcie obu głównych grup mieszkających na Krecie dla stworzenia pewnej niezależności wyspy. Niestety powszechny nacjonalizm rozlewał się już po wszelkich zakątkach Europy i na pokojowe współistnienie nie było szans.
Mustafa Naili ożenił się z Heleną Bolanopoula – córką prawosławnego księdza, pozwolił jej pozostać chrześcijanką, a para miała nawet małą kaplicę ogrodową w rezydencji Pashy w Perivoli niedaleko Chanii. Helena była matką Veli Pashy (Mustafa – jako przykładny muzułmanin miał kilka żon i wiele dzieci). Mustafa Naili uznawany był za najbogatszego człowieka w imperium osmańskim.
W 1851 roku sułtan wezwał naszego bohatera do Stambułu. Mustafa został wezyrem (czyli najważniejszym urzędnikiem w imperium) i ostatnie 20 lat swojego życia spędził na dworze sułtana.
Grecja nie jest niebieska...
Ok, dlaczego jednak w tytule tego eseju jest słowo “niebieski”? Czy mój dom ma jakiekolwiek niebieskie elementy? Albo bardziej ogólnie: czy mimo tureckiego pochodzenia, w moim domu są jakieś elementy, które odruchowo rozpoznalibyśmy jako greckie?
Skojarzenie Grecji i koloru niebieskiego jest prawie automatyczne. Nawet nie z powodu kolorów greckiej flagi ale ze względu na nieskończone ilości reklamowych obrazków zachęcających do odwiedzenia kraju Sokratesa i Platona. Także tzw. „grecki styl” w wystroju wnętrz to biel z wyraźnymi niebieskimi akcentami. Nic jednak nie jest dalsze od prawdy niż to stereotypowe wyobrażenie. Gracja zupełnie nie jest niebieska. W greckich sklepach wnętrzarskich – a np. w Chanii są setki takich sklepów – na próżno szukać czegokolwiek co byłoby niebieskie. Są brązy i beże (dominujące), czerwienie, zielenie i żółcie ale niebieskiego jak na lekarstwo. Podobnie jest na fasadach domów. Generalnie na Krecie nie ma – tak oczywistych dla turysty – biało-niebieskich domów. Podobnie jest w Litochoro czy w Atenach. Oczywiście, nieco inaczej jest na wyspach Morza Egejskiego czy w niektórych wioskach na Krecie (np. Loutro) ale są to tylko wyjątki potwierdzające regułę. Podobnie jak sklepy z pamiątkami dla turystów, gdzie różne niebieskie bibeloty są powszechne i utwierdzony w swoich stereotypowych wyobrażeniach turysta, może je łatwo kupić i zabrać do domu.
Sklepy dla turystów to zresztą specjalny przypadek skoro oferują nawet głowę Wenus z Milo, Nike z Samotrake czy słynny ryton w kształcie głowy byka z Knossos – wszystko w kolorze niebieskim, bez żadnego z związku z oryginalnym wyglądem tych artefaktów i bez żadnego sensu. Mało tego, właścicielka jednego z takich sklepików z pamiątkami poinformowała mnie, że ma w ofercie te same miniaturki w kilku innych kolorach, równie absurdalnych i w takim samym stopniu pozbawionych jakiegokolwiek sensu. Ale skoro pomarańczowa główka Wenus z Milo będzie pasować do koloru zasłon w salonie bezkrytycznego wielbiciela greckich plaż, to zręczne ręce chińskich producentów zrobią wszystko.
Sklep z pamiątkami w Chanii. Słynne artefakty na niebiesko (albo w innym dowolnym kolorze)
… ale turyści kochają egejski błękit
Skąd jednak ta niesamowita kariera koloru niebieskiego w (stereotypowej) Grecji? Istnieje kilka teorii na ten temat ale żadna nie jest specjalnie przekonująca. Z pewnością jednak biało-niebieskie szaleństwo nie ma nic wspólnego z grecką tradycją, narodziło się całkiem niedawno – najwcześniej między pierwsza a drugą wojną światową – a rozpowszechniło na wyspach Morza Egejskiego jeszcze później bo w latach 60 i 70-tych XX wieku. Łatwo się o tym przekonać oglądając np. zdjęcia Santorini z lat 50-tych – nie ma na nich prawie żadnego biało-niebieskiego domu, na biało nie są też pomalowane wąskie uliczki-schody!
Wydaje się, że do popularyzacji nowego stylu mocno przyczyniła się grecka królowa Frederica, która w 1954 roku zorganizowała dla swoich (koronowanych głównie) przyjaciół rejs po Morzu Egejskim, a kilka zdjęć białych domów z Mykonos pokazała premierowi Konstantinosowi Karamanlisowi z sugestią, że taki styl byłby świetną reklamą dla Grecji. Chwilę później marketingową pałeczkę przejęła kultura masowa poprzez swoje najważniejsze w owych czasach wcielenie czyli kino. Film „Boy on a Dolphin” z 1957 roku, z Sofią Loren w roli głównej, kręcony na Mykonos, Rodos i na Hydrze dokumentuje wszystkie te wyspy z pewną ilością biało niebieskich elementów architektury, jednak nie są one dominujące jak obecnie. Podobny obraz pokazuje pierwszy film fabularny Wernera Herzoga „Signs of Life” – (Lebenszeichen) kręcony w 1968 roku na wyspie Kos.
Jaka zatem jest Grecja jeśli nie biało-niebieska? Ściany domów w wielu tradycyjnych rejonach – w Górach Pindos, na Peloponezie (Mani) czy na Półwyspie Pelion są naturalnie kamienne (czyli szaro-brązowe) z niewielkimi dodatkami naturalnego drewna (ciemny brąz). W miastach, na ścianach elewacji przeważają różne odcienie koloru kremowego, beżu, brązu a nawet , zgaszonego różu. Tradycyjny grecki dywan – zwany flokati – jest czerwony. Ma czarne, żółte i zielone wzory, ale nigdy niebieskie.
Niebieskie okna i drzwi
Powracając do mojego nowego domu. Czy są w nim jakieś niebieskie elementy? Niewiele. Jednak zarówno w dawnym hammamie Veli Pashy jak i u dwóch moich sąsiadów okna i drzwi pomalowane są na niebiesko. Nie jest to do końca ortodoksyjne, skoro ściany zewnętrzne wcale nie są białe. Bardzo prawdopodobne także, że ten błękit jest pozostałością po okresie kiedy mieszkania te były wynajmowane turystom na krótkoterminowe pobyty. Skoro jednak mam już coś niebieskiego, postanowiłem pomalować w kolorze nieba nogi mojego stołu do pracy, mam też dwie niebieskie poduszki i podobnego koloru narzutę na łóżko. Niebieskiej główki Venus z Milo jednak sobie nie kupię.
Litochoro i Chania – moje dwa miejsca w Grecji
Na koniec mój nowy dom z nieco szerszej perspektywy. Zamiast analizować każdy kamień w moim ogródku, spróbuję – podobnie jak bohater książki Selmy Lagerlof – wznieść się w górę i zamiast szczegółów zobaczyć ogólny obraz: Halepa – Chania – Kreta – Grecja. Co mnie zachwyca i dlaczego właściwie tu jestem?
Mieszkam w Grecji od pięciu lat. Trzy lata w Litochoro pod Olimpem, dwa ostanie w Chanii. Wyliczenie nie jest do końca precyzyjne, skoro każdego roku wiele miesięcy(!) spędzam w podróży. W miasteczku pod Olimpem mieszkałem w kilku miejscach, ale żadnego z nich nie nazwałbym domem, z różnych powodów. Jednak porównanie tych dwóch miejsc może być interesujące. Litochoro vs Chania – jakie są podobieństwa i różnice?
Głównym powodem decyzji o zamieszkaniu w Grecji była chęć eksploracji, poznawania nowych miejsc. Zarówno różnych warstw kulturowych starożytnej i bardziej współczesnej Hellady, jak i gór i dzikiej przyrody. I jeśli Litochoro i okolice w warstwie kulturowej oferowało stosunkowo niewiele (jak na Grecję), bogactwo Krety w tym względzie jest zupełnie niesamowite, nawet w skali europejskiej. Jeśli chodzi o naturę i góry, to mimo że wyrażenie „dzika przyroda” dobrze opisuje oba te miejsca, nie ma chyba w Grecji dwóch tak różnych gór jak Olimp i Lefka Ori, by wspomnieć tylko przepastne lasy na Olimpie i ich prawie zupełny brak na Krecie albo ogromne różnice klimatyczne.

Niesamowita kultura Krety...
Chodząc ulicami Chanii co chwila mijam pozostałości kultury minojskiej, które mają 5 tysięcy lat. Cała Kreta to wielka księga greckiej mitologii i historii. Biegnąc południowym wybrzeżem z Agia Roumeli do Sougii mijam po drodze jaskinie, w której Polifem uwięził Odyseusza i jego towarzyszy, a później zrzucał wielkie głazy w kierunku ich statku. W pałacu w Knossos wyobrażam sobie jak Tezeusz dostaje od Ariadne kłębek nici i przygotowuje się do wejścia do labiryntu. A przecież gdzieś niedaleko musi być ta skała, z której Ikar wystartował w swój ostatni lot, a nieco dalej na południowy-zachód na płaskowyżu Nida, zaraz obok ścieżki na Psiloritis jest jaskinia, w której urodził się Zeus. Za każdym razem z zachwytem oglądam skarby kultury minojskiej zgromadzone w Muzeum Archeologicznym w Heraklionie, bo są to jednej najbardziej genialnych osiągnięć ludzkiej wyobraźni.
A to wszystko to przecież tylko początek… Ile razy śpiąc w opuszczonej poza sezonem tawernie Agios Pavlos wyobrażałem sobie, że to właśnie w tym miejscu rozbił się statek wiozący Św. Pawła do Rzymu? Ile razy zadawałem sobie pytanie jak to możliwe aby wybudować miasto Lissos (III wiek p. n. e.) w tak niedostępnej i skalistej dolinie na peryferiach Lefka Ori, z ciągle niesamowitym widokiem na Morze Libijskie? Jak gęsta od artefaktów musi być ta Wyspa skoro nawet wioska, w której dość przypadkowo pojawiłem się na zawodach biegowych, okazała się miejscem gdzie urodził się El Greco? Jak to możliwe, że po tylu latach i tak wielu zawirowaniach historii, wenecki klimat uliczek Chanii jest ciągle łatwo wyczuwalny? Jak to możliwe, że przypadkowo mieszkam w tureckim domu wybudowanym 170 lat temu przez gubernatora Krety wywodzącego się z albańsko-chrześcijańskiej rodziny? Bogactwo kulturowe Krety jest zupełnie nieprawdopodobne, uwodzące każdego nieprzypadkowego eksploratora.
Dziki krajobraz Białych Gór na Krecie. Ścieżek brak.
... i dzika natura wszędzie wokoło
Podobnie jest z naturą. Na Olimpie zachwycałem się istnieniem prawie zapomnianych, nieużywanych przez nikogo ścieżek, czasami przywracjąc je do życia. To była niesamowicie ekscytująca eksploracja, jednak głównie odbywająca się po ścieżkach (z jedynym chyba długodystansowym wyjątkiem – 55 Peaks Project). W Białych Górach na Krecie – miejscu moich nieustających zachwytów na naturą – ścieżek nie ma prawie wcale, a eksploracja tych gór polega często na wielogodzinnym przedzieraniu się przez kamienną dżunglę, z kłującymi zaroślami fregany, bez gwarancji że uda się dotrzeć w jakieś bezpieczne miejsce przed nocą. Mało tego. Nawet jak jakieś ścieżki są, w niczym nie przypominają tych na Olimpie. Ilość kamieni wszelkiego rodzaju, znacznie wyższa temperatura, prawie zupełny brak lasów a nawet drzew, a więc cienia oraz absolutny brak wody sprawiają, że nawet przemieszczanie się wzdłuż „wyraźnych” traktów to przygoda życia. To dlatego projekt 55 Peaks on Crete – mimo że stworzony na mapie prawie dwa lata temu – nie został ciągle zrealizowany. Na Krecie jest on o wiele trudniejszy niż na Olimpie.
Czy może być zatem lepsze miejsce do eksploracji niż Kreta? Pytanie jest oczywiście retoryczne. Mój nowy, niebieski dom na Krecie ma przed sobą świetlaną przyszłość.
Chania – Halepa – Tabakaria, maj 2025
ZOBACZ TAKŻE

Peloponez na rowerze

Glistrokoumaria - greckie drzewo truskawkowe

Ścieżka twoich marzeń. Z Chora Sfakion do Plaży Elafonisi
CZYTAJ DALEJ







