Ścieżka
twoich marzeń

Z Chora Sfakion do Plaży Elafonisi

28 LUTEGO 2023 | CHANIA, KRETA | 15 MIN

Crete E-4

Wyobraź sobie ścieżkę swoich marzeń. Tę z dzieciństwa, z czasów, kiedy nie umiałeś jeszcze czytać, prawie nic jeszcze nie widziałeś, ale już byłeś uzależniony od oglądania map.

Mityczna Kreta

Pamiętam największą książkę w bibliotece moich rodziców. To był wielki atlas świata z rozkładanymi stronami, i hipsometrycznymi mapami. Ta hipsometria chyba najbardziej mnie fascynowała: każda wysokość pomalowana innym kolorem i oto oprócz dwuwymiarowego kształtu masz przed oczami góry i doliny, rzeki płynące w kanionach, równiny i płaskowyże – prawie trójwymiarowy obraz.
Morze Śródziemne w tym atlasie było tak wielkie, że zajmowało dwie rozkładane karty – razem cztery strony, ponad półtora metra szerokości, w domu trudno mi było znaleźć stół, na którym mógłbym tę mapę w całości rozłożyć. I oglądałem ją setki razy. Fascynowały mnie te niezliczone ilość zatok, półwyspów, oddzielnych mórz, gór wyrastających wprost z wody i tysiące wysp i wysepek we wschodniej części. Te kształty były tak inne, tak obiecujące i zapraszające; zupełnie nie przypominały nudnego kształtu Afryki, Ameryki Południowej czy Antarktydy. Już wtedy odkryłem Kretę – nie z wielkiej historii i archaicznej kultury, nie z pięknych krajobrazów i ciepłego morza, ale z kształtu na mapie. Wydawał mi się tak niezwykły, tak różny od innych śródziemnomorskich wysp: banalny trójkąt Sycylii, dwie prawie okrągłe plamki Sardynii i Korsyki, trochę śmieszny Cypr z nienaturalnie wydłużonym wschodnim ogonem. A Kreta miała na mojej mapie kształt przepiękny. Nienaturalny – oczywiście, jak można wymyślić coś tak wydłużonego i niesymetrycznego, ale niesamowicie przyciągający. Wystarczająca ilość zatok i półwyspów, niespodziewane zmiany kształtu linii brzegowej powodujące, że wyspa w jednym miejscu ma tylko 12 km szerokości, a innym nawet 60. Od początku jednak wydawała mi się wielka – prawie 300 km długości – tego nie da się obejść w ciągu jednego dnia.

wielka pętla wzdłuż wybrzeża

A obchodzenie (objeżdżanie albo obieganie) miałem zawsze w planie. To był mój podstawowy sposób oswajania rzeczywistości. Nie tylko mój zresztą – to podstawowy sposób oswajania rzeczywistości znany ludzkości – wszelkie procesje religijne i tańce obrzędowe wzięły się właśnie stąd. Poznać coś znaczy przecież poznać jego granice – o tym wie nawet geometria i psychologia ludzkich zachowań. Wersja uproszczona takiego poznawania polega na przebyciu jakiegoś obszaru od końca do końca. Akurat wyspy nadaje się do tego znakomicie – końce są dokładnie zdefiniowane. Wschód-zachód, północ-południe i wszelkie możliwe kierunki, zależne od warunków lokalnych. Wyspy są do przebiegnięcia.

Na Krecie moich marzeń i snów miałem też swoją idealną ścieżkę. Nie wiedziałem, gdzie ona dokładnie jest, nie wiedziałem jak wygląda, nie wiedziałem nawet czy na pewno istnieje, ale byłem głęboko przekonany, że jeśli istnieje – jest gdzieś na Krecie.

W najbardziej optymistycznych snach wierzyłem nawet, że wzdłuż całego wybrzeża wyspy ciągnie się jedna, wielka pętla i biegnę nią bez końca (teraz wiem, że linia brzegowa mojej wyspy to tylko 1000 km). Moje zauroczenie Kretą miało też coś wspólnego z jej położeniem. Na samym końcu Morza Egejskiego, zamykająca niejako tę rajską krainę, najdalej na południe wysunięty punkt Europy, na samym końcu mojego świata. A jak biec to przecież do samego końca.

ścieżka twoich marzeń

Wyobraź sobie teraz, że pewnego dnia odkrywasz, że twoja ścieżka ze snów rzeczywiście istnieje. Mało tego, istnieje na mitycznej Krecie – tam gdzie zawsze chciałeś ją znaleźć. OK, nie ma może tysiąca kilometrów, nie da się nią obiec dokładnie całej wyspy z porwania Europy ale jest, jak najbardziej realna. A ponieważ do ideału zbliżamy się zwykle powoli, moje odkrywanie tej trasy było stopniowe.

Wiele lat po snach z dzieciństwa pojechałem pierwszy raz do Grecji. Dziwnym zrządzeniem losu była to Kreta. Wylądowałem na lotnisku w Heraklionie i pierwszym miejscem jakie zobaczyłem było muzeum archeologiczne, ze wszystkimi skarbami kultury minojskiej. To było lepsze niż wszelkie marzenia. To taki świat rzeczywiście może istnieć? Zupełnie nie obchodziło mnie ile w tych arcydziełach jest z króla Minosa, a ile z Artura Evansa. To co zobaczyłem w muzeum to było czyste piękno. Spędziłem wtedy na Krecie tydzień. Jeździłem rowerem, przedzierałem się przez zapomniane wąwozy, błąkałem po uliczkach weneckich miast, słuchałem koncertów tysięcy cykad. Ale mojej ścieżki wtedy jeszcze nie odkryłem, nie dotarłem nawet w rejony gdzie ona się znajduje. Byłem jednak tak zauroczony moją idealną wyspą, że przez wiele lat chyba podświadomie bałem się tam wrócić. Nie chcesz przecież przeżywać rozczarowania skoro zobaczyłeś raj.

najpiękniejsza trasa w życiu

Jednak wróciłem. Po nocy spędzonej w górach, zbiegliśmy wąwozem Aradena nad Morze Libijskie. W obu kierunkach wzdłuż wybrzeża rozciągała się moja ścieżka. Przez kilka następnych dni odkrywałem ją w kilku fragmentach. Co dnia kilka godzin biegu w ekstazie. Codziennie głębokie przekonanie, że oto biegnę najpiękniejszą ścieżką w życiu. Tylko do następnego dnia kiedy byłem przekonany, że ta dzisiejsza jest jeszcze piękniejsza. Ponownie spędziłem tydzień na wyspie, nie miałem więc czasu aby przebiec ją całą. Taka myśl nie przyszła mi nawet do głowy, nie do końca zresztą zdawałem sobie sprawę o czym na prawdę myślę. Gdzie ta ścieżka się zaczyna, gdzie kończy? Ile kilometrów trzeba przebiec, jak dużo czasu trzeba na to przeznaczyć? Jednak było to tak mocne doświadczenie, że zostało ze mną na lata. Już nie miałem najmniejszych wątpliwości: Moja ścieżka marzeń i snów rzeczywiście istnieje. Znajduje się na południowo-zachodnim wybrzeżu Krety, od Chora Sfakion do plaży Elafonisi ma około 75 km długości. Moje wszystkie następne pobyty na wyspie labiryntu liczyłem już w miesiącach, a nie w tygodniach.

W końcu przyszedł ten moment, że przebiegłem ją całą. W obu kierunkach za jednym razem. W październiku 2021 roku startowałem w zawodach Sfakia Sky Marathon. Pogoda tego dnia tyła wyjątkowo fatalna, nic nie było widać, mgła, deszcz, wiatr. Ale następnego dnia wyszło słońce. Prognozy były ponownie znakomite. Nie zastanawiałem się długo. Skoro byłem już w Chora Sfakion gdzie moja ścieżka się zaczyna… Przez chwilę pomyślałem tylko, co zrobię jak dobiegnę do Elafonisi – logistyka podróży autobusem (czymkolwiek) ze słynnej plaży do Chora Sfakion jest nieco karkołomna, szczególnie na początku listopada, całkowicie poza sezonem. Pobiegnę z powrotem dokładnie tą samą trasą! W stosunku do żadnej innej ścieżki taka myśl nie przyszła by mi do głowy, ale w przypadku tej jedynej nie miałem najmniejszych wątpliwości. Tak, chcę to zrobić!
Biegłem przez pięć dni. Od świtu do zmierzchu w ruchu, w nocy sen tam, gdzie akurat zastały mnie ostateczne ciemności, często prawie na środku ścieżki.  Byłem zachwycony. Codziennie w ekstazie od wschodu do zachodu słońca – jak mówi poeta. Miarą szaleństwa może być ta myśl, która przychodziła mi do głowy kiedy zbliżałem się piątego dnia do miejsca startu: a może by tak następnego dnia zrobić w tył zwrot i ponownie pobiec całą trasę w obu kierunkach?
Później jeszcze kilka razy udało mi się przebiec krótsze odcinki tej trasy, ale to jednak nie to samo.

biegnąc z Helen

W końcu, kilka dni temu ponownie przebiegłem całą trasę. Tym razem w dwuosobowym zespole, razem z Helen. No, prawie całą: od Chora Sfakion do Paleochory. Ten odcinek ma około 60 km długości i 2500 m przewyższeń.

Ale co wyjątkowego jest w tej trasie, że mnie do siebie tak mocno przyciąga? Paradoksalnie, przede wszystkim jej długość! W Grecji jest wiele niesamowitych, często dłuższych dróg wzdłuż wybrzeża – trasa wokół półwyspu Mani, szlak wzdłuż wschodniego Peloponezu czy wzdłuż północnych wybrzeży Zatoki Korynckiej. Jest też wiele tras na wyspach. Jednak wszystkie one to szlaki asfaltowe, dobre co najwyżej na wyprawę rowerową. Od Chora Sfakion do Elafonisi mamy prawie wyłącznie wąską ścieżkę. Żadnych dróg w pobliżu, prawie żadnych miejscowości (szczególnie poza sezonem). Single track tej długości to zupełny ewenement we współczesnej rzeczywistości nadmorskich kurortów, hoteli, pensjonatów i strzeżonych plaż! Nie znam żadnego podobnego przypadku.

nadmorska ścieżka w górach

Z długości trasy wynika kilka dość oczywistych konsekwencji. Nie da się jej w całości zapamiętać. Nawet jak biegniesz nią kolejny raz ciągle cię zaskakuje nowościami, jak biegniesz pierwszy raz ilość świata do odkrycia jest po prostu niesamowita. Trasa jest na tyle długa (i trudna technicznie), że jeśli nie masz do dyspozycji najdłuższego dnia w roku i nie jesteś zawodnikiem krajowej czołówki, nie przebiegniesz jej jednego dnia. A to sprawia, że każda próba jej pokonania to już wyprawa.

No dobrze, ale czym właściwie jest ta trasa? Jak ona wygląda? Co w niej takiego zachwycającego? Dobrym, krótkim opisem może być następujące zdanie: szlak E-4 z Chora Sfakion do Elafonisi to nadmorska ścieżka przebiegająca przez góry. Te dwa elementy są tu kluczowe – góry i morze. Właściwe cały czas biegniemy nad morzem, widać je zawsze po lewej stronie, ale jednocześnie rzadko jesteśmy na samej plaży. Oczywiście, plaże są, nawet kilkanaście, ale w całości trasy stanowią niewielki odsetek – jedyne płaskie miejsca w morzu gór.  

Dominuje odczucie, że cały czas jesteśmy zawieszeni gdzieś miedzy górami a morzem.

A góry są tam rzeczywiście potężne. Wyrastają wprost z wody i osiągają ponad 2500 m wysokości (Pachnes). Przy tym najwyższy szczyt Lefka Ori, Białych Gór – bo tak one się nazywają, w prostej linii oddalony jest od wybrzeża mniej niż 8 km.  Oczywiście, ścieżka krawędziowa nie wznosi się tak wysoko, najwyższy punkt na trasie osiąga nieco ponad 500 m. Niemniej, trasa ma bardzo górski charakter, cały czas mamy albo podbieg albo zbieg.

 Ta wertykalna opozycja: góry – morze to jednak nie wszystko. W sposób oczywisty przechodzi ona w triadę. Znajdujemy się przecież w domenie śródziemnomorskiej – miedzy górami a morzem ale pod niebem. Ta triada wyznacza też dominujące kolory: niesamowicie czysty błękit nieba, ciemnozielony szmaragd morza i białe skały gór. Jest oczywiście także zieleń drzew i roślin, nawet w zimie bardzo żywa. Nie wiem z czego wynika ten wyjątkowy błękit nieba, może z szerokości geograficznej, jesteśmy w końcu wyjątkowo blisko równika. Szmaragdowy odcień wody wynika za to z pewnością z wysokości, na której się znajdujemy, morze zawsze osiąga wyjątkowo intensywne kolory, kiedy patrzymy na nie z góry. Na tym tle biel skał wydaje się jeszcze bardziej biała, chociaż duża zawartość wapienia może także odgrywać tu pewną rolę.

co jest po drugiej stronie?

Do tej wertykalnej triady dochodzi oczywiście wymiar horyzontalny – cała trasa to niekończąca się ilość półwyspów i zatok. Pewnie można je policzyć, ale trasa jest tak długa, że szybko tracimy rachubę. Biegniemy zatem pod górę kiedy pokonujemy jakiś półwysep i zbiegamy w dół do kolejnej zatoki. A ponieważ powtarza się to tak wiele razy, pokonywanie  tej trasy to rodzaj medytacji w ruchu. Odnoszę też wrażenie, że ścieżka E-4 południu Krety objawia nam jedną z najgłębszych tajemnic biegania/chodzenia po górach. Wbiegamy przecież na górę aby zobaczyć co jest po drugiej stronie! I jeśli rzeczywiście takie pragnienie napędza naszą wolę istnienia, na południu Krety znajduje ona wielokrotne spełnienie. Sekwencja zatoka – półwysep powtarza się z zadziwiającą konsekwencją, ale widok z góry na kolejną zatokę jest za każdym razem inny. Ta trasa objawia nam bogactwo świata wyjątkowo trafnie i wyjątkowo atrakcyjnie.

To nie wszystko jednak. Ta ścieżka to także wielka obietnica. Biegnąc wzdłuż wybrzeża mamy po prawej stronie nieskończoną ilość wąwozów. Czasami nawet nie zdajemy sobie sprawy, że właśnie mijamy ujście takiego wąwozu. Jednak większość z nich jest łatwo widoczna i rozpoznawalna – to najniżej położne na trasie miejsca. A każdy taki wąwóz to jakby zaproszenie aby wejść w głąb Białych Gór i rozpocząć kolejną przygodę. Ścieżka E-4 to także brama do wnętrza Krety.

Agia Roumeli i cały dzień w biegu

Kiedy kilka dni temu przebiegałem trasę razem z Helen, postanowiliśmy podzielić tę przygodę na dwa dni. Teoretycznie z bardzo praktycznego powodu oszczędzania sił i zmniejszania ryzyka poruszania się w nocy. Ale kiedy drugiego dnia wystartowaliśmy kilka minut po 5 rano z Agia Roumeli  zdałem sobie sprawę, że prawdziwym powodem była chęć przeżycia całego dnia na trasie. A właściwie dnia powiększonego o kawałek nocy. O piątej rano, w lutym na Krecie jest jeszcze całkowicie ciemno. Za Agia Roumeli zaczyna się najtrudniejszy, najmniej znany, ale teraz wiem, że najpiękniejszy odcinek całego przejścia. Zaczyna się od największego podejścia – 500 metrów do góry z samej plaży, przez las z tysiącem zakrętów coraz mniej widocznych im wyżej podchodziliśmy, bo z jednej strony coraz mniej osób dociera tak wysoko, a z drugiej w zimie ogromna ilość skał stacza się na ścieżkę utrudniając nawigację.  Na tym odcinku są strome  klify, trasa kilka razy przebiega blisko krawędzi, są nawet na stałe zainstalowane liny asekuracyjne dla mniej odpornych na przepaście osób. Oglądanie tego wszystkiego w świetle czołówek było dodatkowym niesamowitym przeżyciem. Takie światło lampy na głowie wydobywa z nicości tylko fragmenty rzeczywistości, wzrok skupia się na tym co widać wyraźnie, z lekka rejestrując to co ledwo widoczne nieco dalej i zgadując tylko to, co jest gdzieś poza granicami światła. Jednak w większej skali widać znacznie więcej. Horyzont jest już widoczny, zarys gór we wszystkich kierunkach da się zauważyć i niebo coraz bardziej świeci na wschodzie, zapowiadając nadejście dnia. Obserwowanie tego jak rodzi się dzień, robi się coraz jaśniej i cieplej, świat przez chwilę jest prawie zupełnie czerwony, po czym nabiera najbardziej intensywnych kolorów, dochodzi południe i rzeczywistość nieco blaknie, chociaż w lutym raczej nie ma upału, po kilku godzinach zbliża się zmierzch i powtarza się spektakl z czerwienią, a my wciąż biegniemy przez kolejne zatoki i półwyspy dodawało do horyzontalno-wertykalnego wymiaru ten trzeci – czasowy.

Byłem głęboko przekonany, że czas tego dnia płynął jakoś inaczej, był tak gęsty, że dało się go kroić nożem. Czy można się dziwić, że nie przestaję o tym myśleć, ciągle chcę tam wracać i przeżywać wszystko na nowo?

Crocodile Trail

W trakcie pisania tego tekstu byłem ponownie na mojej ścieżce z marzeń i snów. Przebiegłem odcinek końcowy z Sugii do Paleochory w trakcie zawodów Krokodeilos Trail. W zupełnie szalonym tempie – jak to na zawodach – ale z nie mniejszą satysfakcją i ponownym odkryciem, że nawet najbardziej trudną technicznie ścieżkę da się przebiec szybko. Wydaje się to nawet łatwiejsze, bo przez większość przeszkód po prostu się przeskakuje. I już planuję następne wyprawy w te rejony – czy to przebiegnięcie całości w szybkim tempie jednego dnia, czy też większą wyprawę w góry kiedy nadbrzeżna trasa E-4 będzie tylko częścią większej całości. Bo wygląda na to, że wszystko na Krecie zaczyna się i kończy na południowej ścieżce wzdłuż wybrzeża Morza Libijskiego.
Ścieżka z moich marzeń i snów nie przestaje mnie fascynować.

Opisywana ścieżka na mapie Krety. Jak widać w stosunku do całości wyspy to tylko niewielki fragment.

kilka uwag praktycznych

Trasa z  Chora Sfakion do Elafonisi to część międzynarodowego szlaku turystycznego E-4 wyznaczonego w terenie żółtymi znakami (czasami słabo widocznymi). Całkowita długość tego odcinka to około 75 km i 2700 m przewyższeń. Ale ponieważ nic na świecie nie jest doskonałe, trasa ma pewna skazę. Od Paleochory do wioski Kiros trzeba biec po asfalcie. To około 8 km. Niestety nie da się tego odcinka pokonać żadną ścieżką. Można by zatem każdą wyprawę kończyć w Paleochorze i w taki sposób całą trasę opisywać. Jednak ostatni, 11-kilometrowy odcinek z Kiros do Elafonisi jest tak atrakcyjny, że warto nawet przebiec te 8 km po asfalcie.
W trakcie sezonu turystycznego, który trwa tu od 1 maja do 31 października, na trasie znajdują się następujące miejscowości, w których jest woda i czynne tawerny, więc można coś zjeść i uzupełnić zapasy: Chora Sfakion (początek) – Loutro (7 km) – Agios Pavlos (17 km) – Agia Roumeli (21 km) – Sugia (40 km) – Paleochora (57 km) – Kiros (65 km) – Elafonisi (75 km – koniec trasy). Poza sezonem większość tych miejsc jest zupełnie opuszczona i wszystko jest tam zamknięte (chociaż zwykle można znaleźć wodę do picia). Pozostaje tylko: Chora Sfakion, Sugia i Paleochora. Warto też pamiętać, że koniec trasy – Elafonisi – to po prostu plaża, nie ma tam nawet dojazdu, droga asfaltowa zaczyna się kilkaset metrów wyżej i poza sezonem nie ma tam żadnej komunikacji publicznej. Autobusy przez cały rok dojeżdżają natomiast do miejscowości Chora Sfakion, Sugia i Paleochora. 
Dla osób wrażliwych na temperatury cenna może być też informacja, że za każdym razem kiedy biegłem  tam w listopadzie, grudniu czy w lutym temperatura w ciągu dnia sięgała ok. 20 st. C, w nocy nie mniej niż 12 st. C.   W sezonie letnim może być gorąco (35st. C) i dla wielu osób jest to największe wyzwanie tej trasy. Jeśli biegniecie w środku lata weźcie więcej wody.

Chania – Sugia- Paleochora, luty 2023

Rozbudowaną galerię zdjęć z trasy E-4 na południu Krety można znaleźć tutaj – South End Gallery
Pliki gpx z zapisem śladów z mojej ostatniej wyprawy dostępne są na moim profilu Strava – Chora Sfakion to Ag. Roumeli oraz – Ag. Roumeli to Paleochora

WIĘCEJ TEKSTÓW O KRECIE

Dysk z Fajstos

Posłaniec zapomnianego świata

Galeria Południowego Wybrzeża

Zdjęcia z długodystansowego szlaku E-4 w południowo-zachodniej Krecie

Lefka Ori

Jeden dzień w górach

ZOBACZ TAKŻE

Glistrokoumaria - greckie drzewo truskawkowe

17kwietnia 2021

Lost Trail - na zapomnianych ścieżkach Olimpu

21 września 2021

Zvara - o muzyce, tańcu i biegach Zagori.

24 PAŹDZIERNIKA 2022

Scroll to Top