Najpiękniejsza trasa rowerowa w Grecji.

16 KWIETNIA 2022 | PELOPONEZ | 16 MIN
sketch-surly-first-

W moim prywatnym rankingu najpiękniejszych, rowerowych tras nadmorskich w Grecji na pierwsze miejsce wysunęła się właśnie poniższa trasa. Wzdłuż wschodniego „palca” Peloponezu czyli półwyspu Maleas, w większości po jego wschodniej stronie. Około 200 km długości i 4100 m przewyższeń. Oczywiście konkurencja jest silna, przede wszystkim trasa wokół półwyspu Mani (także na Peloponezie), która ma niezwykła magię, ale jest zdecydowanie krótsza i znacznie mniej zróżnicowana.

Powiedzmy, że sekcja zaczyna się w Parku Archeologicznym Agios Nikolaos prawie na samym południu półwyspu. Ja zacząłem nawet wcześniej, bardziej na wschód i południe, od ruin kościoła Agios Georgios, który znajduje się na przylądku Maleas, od którego cały półwysep bierze nazwę. Tej początkowej sekcji nie da się przejechać rowerem (znaczy, wszystko się da, ale ja tym razem z sakwami, nie próbowałem nawet 🙂 ). Zaczynam zatem od 3,5-kilometrowego marszu wąską ścieżką zawieszona wysoko na klifie. Śródziemnomorskim zwyczajem gdzieś na dole niesamowity błękit morza, nad głową niezliczone piętra gór. Był wczesny ranek, zaraz po wschodzie słońca, na samym początku kwietnia, pewnie  dlatego kolory bardziej wyostrzone. Po drodze jest mały monastyr Agia Irini, w którym można nawet zanocować. Po lewej kościół zawieszony nad przepaścią i jedno drzewo, po prawej jakieś mikro budynki gospodarcze, a ścieżka po środku, jakby po klasztornym podwórku. Są nawet kury, gdaczące tak jak kiedyś u mojej babci.

magia końca kontynentu

Po trzech kilometrach takiej ścieżki docieram do miejsca, w którym wcześniej zostawiłem rower. Tu zaczyna się droga, chociaż przez kolejne trzy kilometry jest ciągle gruntowa. Od Parku Archeologicznego Agios Nikolaos jest już asfalt do samego końca opisywanego odcinka.
Różne „końce” naszego kontynentu mają jak mi się wydaje jakąś niezwykłą atmosferę. Tak jest na (prawie) najbardziej wysuniętym na południe przylądku Matapan (Tenaro), na którym ostatnio byłem ponad rok temu (patrz tutaj), tak jest – sądząc ze zdjęć – na zachodnim krańcu, przylądku Roca w Portugalii (w planach na przyszły rok) i zapewne podobnie na północy na Nordcap (tam się nie wybieram – za zimno).

Nie inaczej jest na przylądku Maleas. To koniec, ewidentny, dalej się już nie da. Koniec także dlatego, że jadąc tam widzimy jak wszystko powoli się kończy: rolnictwo z pomarańczami i gajami oliwnymi, wioski i drogi. Jest coraz bardziej dziko. A na samym końcu jest coś, co nazywa się skamieniały las i rzeczywiście wygląda jak zalane lawą i przekształcone w kamienne struktury pnie drzew. A więc jakby życie po śmierci, coś po jest po drugiej stronie „końca”. Oczywiście, pokonując ten odcinek w opisywanej tutaj kolejności, najpierw mamy skamieniały las i powoli zbliżamy się do cywilizowanego świata. Ja szczególnie zbliżałem się  powoli, bo mimo że podjazd nie był specjalnie stromy, dostałem tego poranka przeciwny wiatr, który niespecjalnie sprzyja rowerzystom. Generalnie przylądek Maleas słynie z silnych wiatrów, wg Homera to właśnie mijając to miejsce Odyseusz wpadł na sztorm, który zepchnął go zupełnie z trasy do Itaki i sprawił, że cała droga powrotna do ojczyzny zajęła mu 10 lat! Zacząłem wierzyć w jakieś niezwykłe właściwości tego miejsca, skoro właśnie tam wpadł mi do głowy pomysł, aby się nie zatrzymywać i jechać dalej aż na Gibraltar!  

szerokie, puste drogi

Na razie jednak wjechałem w góry. Było coraz bardziej stromo, przejechałem serpentynami przez wioskę Agios Nikolaos, cały czas z widokiem na Zatokę Lakońcką po lewej stronie, z morzem w pewnym oddaleniu. Generalnie, ten początkowy odcinek znajduje się po zachodniej stronie półwyspu Maleas. Zmierzałem do największego w okolicy i niezbyt urodziwego (takie też są w Grecji) miasteczka Neapoli. Za nim droga skręca powoli na wschód, przekracza niewysokie góry, by przewinąć się na wschodnie zbocza półwyspu i pozostaje tam do samego końca. Właśnie za Neapoli objawiła mi się po raz pierwszy jedna z niezwykłych cech całej tej trasy, która także skłoniła mnie do sformułowania stwierdzenia z tytułu tego tekstu: znakomitej jakości, nowe, szerokie drogi asfaltowe, wycięte w zboczach gór i prawie żadnych samochodów. Ruch na całej trasie był co najwyżej minimalny, przechodząc często w ruch szczątkowy, a czasami w nieistniejący! Kiedy byłem na Peloponezie półtora roku temu wydawało mi się, że za minimalny ruch samochodowy na wielu drogach odpowiadał covid-19 i całkowity lockdown Grecji. W kwietniu 2022 r. nie było lockdownu, a na wielu odcinkach trasy sytuacja była prawie taka sama.

Monemvasia - miasto na skale

Takimi właśnie, znakomitej jakości, drogami, pokonując kolejne małe zatoczki i półwyspy, zmierzałem powoli w stronę Monemwasji – niezwykłej wyspy i miasta, która nie jest już właściwie ani wyspą ani miastem. Skała Monemwasji ma około 1 kilometra długości i 300 m szerokości. Ustawiona jest wąską krawędzią w stronę lądu, od strony grobli jest zatem strzelista i ostra, tym bardziej że ma około 300 m wysokości. Z większej odległości za to, wygląda dokładnie słoń w brzuchu węża z Małego Księcia, szczególnie że grobla i most, które teraz łączą skałę ze stałym lądem wyolbrzymiają to wrażenie.  W VI wieku wybudowano na szczycie twierdzę, która później rozrosła się do miasta, a to z kolei z czasem zyskało dwie części, górną i dolną – usadowioną po południowej stronie. Z górnej części nic już prawie nie pozostało, dolna zyskała jakby nowe życie. Trudno jednak nazywać ją ciągle miastem, skoro jak mi powiedział kelner przynosząc poranną kawę w jednej z kafejek, na stałe mieszka tu pięć do sześciu osób 😉 Robi jednak Monemwasia niesamowite  wrażenie. Mamy bowiem bardzo wyraźne mury obronne, z kilkoma bramami i morze ruin w środku. Ale nie tylko ruin. Wśród tych ruin jest bardzo dużo zachowanych i odbudowanych obiektów: są kościoły, hotele, „domy”, place, cała siatka ulic, po których oczywiście nic nie jeździ, bo po pierwsze są one bardzo wąskie, a po drugie składają się głównie ze schodów. Mamy zatem przykład architektury, która jakby wyłania się z nicości, z nieistnienia. Takie w każdym razie odniosłem wrażenie. Inaczej niż bardzo duża części Grecji – która w niebyt się pogrąża (ruiny są tu wszechobecne), Monemwasia, jakby wracała do życia. Mury obronne są wyraźnie odbudowane, wiele ruin jakoś zabezpieczonych, a inne z kolei są odbudowywane i zamienione w pensjonaty. Jest to zatem życie głównie turystyczne, ale jednak życie. I rzeczywiście, spotkałem tam turystów, może nie jakieś ogromne tłumy, bo większość hoteli była ciągle zamknięta, ale przygotowania do sezony było widać wszędzie, co w tym przypadku znaczy głównie wzmożony ruch karawan mułów – podstawowego środka transportu.

Odcinek od Przylądka Maleas do Monemwasji ma tylko 50 km długości, jest górzysty ale nie w liczbach bezwzględnych, skoro najwyższy punkt na trasie ma jedynie 250 m wysokości. Nie spieszyłem się, jego pokonanie zajęło mi cały dzień. Noc spędziłem wśród ruin, bo wieczór i poranek zawsze najlepiej oswajają każde miejsce.

kraina łagodności

Za Monemwasją przez 20 km trasa prowadzi nad samym morzem. Jest płasko, można z coraz to innej perspektywy i odległości odzwyczajać się od opuszczonego miasta na ostrej skale. Później trasa skręca zdecydowanie na lewo i oddala się od morza. Zaczyna się długi i łagodny podjazd rodzajem płaskiej, rozłożystej doliny, mimo że dnem nie płynie żadna rzeka. Co najmniej 20 km powolnego delektowania się krajobrazem. Gerakas, Agion Ioanis, Belesaika, Lambokambos. W tym rejonie wiosenne kwiaty nie były tak kolorowe jak w Mani, nie było też prawie zupełnie pomarańczy, dominowały za to oliwki. Jednak gaje oliwne są tu o wiele bardziej dzikie niż w rejonie Kalamaty. Wiekowe drzewka mają potężne pnie z dziurami na przestrzał jak sito (z punktu widzenia fizyki płynów bardzo sprytne rozwiązanie) i rosną na nieregularnych tarasach oddzielonych kamiennymi murkami. Wiele z nich nie jest sztucznie nawadnianych, a cześć owoców pewnie nawet nikt nie zbiera. Wschodni  Peloponez jest znacznie bardziej suchy niż zachodnie wybrzeża półwyspu, wilgotne wiatry znad wysp Jońskich nie docierają tak daleko. To tutaj co jakiś czas spotykałem na zboczach gór niezwykłe konstrukcje – wymurowane z kamieni zbiorniki do zbierania wody deszczowej z lejkowo wyprofilowanym kawałkiem zbocza, tak aby woda spływała do zbiornika z jak największej powierzchni. Jakby ktoś urządzenie do zbierania żywicy z drzew przeskalował stukrotnie i rozłożył na powierzchni ziemi. Uważny obserwator przejeżdżając przez nieliczne wioski zauważy także zbiorniki na wodę prawie przy każdym domu. Woda deszczowa z dachów spływa rynnami i rurami wprost do podziemnych zbiorników. Kiedyś było to w wielu wioskach jedyne źródło wody pitnej.
Góry są już nieco wyższe w tym rejonie, chociaż ciągle ledwo przekraczają 1000 m, a maksymalny punkt drogi osiąga nieco ponad 600 m. Nie ma tu ostrych, skalistych szczytów, przepastnych wąwozów ani klifów. Całość sprawia wrażenie zupełnie zagubionej i oddalonej od świata krainy łagodności i spokoju. Stąd wszędzie jest daleko.

szalony zjazd do Kyparissi

Krajobraz zmienia się niespodziewanie i bardzo radykalnie zaraz za wioską Harakas. Oto łagodny płaskowyż obrywa się nagle pionową ścianą w stronę morza. Nie bezpośrednio, bo na samym wybrzeżu jest jeszcze kawałek płaskiej równiny, ale pionowa ściana jest tak radykalna, że przez chwile zastanawiałem się gdzie jest droga? Niewiarygodne, ale droga ciągle istnieje! Wycięta jest teraz w pionowej, a czasami przewieszonej skale, ma sporo pęknięć i nierówności bo skały pod spodem są ciągle niestabilne i karkołomnymi zakrętami nad krawędzią przepaści prowadzi 10 km na  dół. Jest to jeden z najbardziej emocjonujących zjazdów, jakie udało mi się przejechać. Duże nachylenie sprawia, że rower rozpędza się do zawrotnych prędkości, otwarta przestrzeń uderza do głowy, a podcięte zakręty z pewności nie wybaczają błędów. Jeśli błękit Morza Śródziemnego zależy także od wysokości z jakiej się na nie spogląda, to egejski błękit jest w tym miejscu wyjątkowo intensywny 🙂 . Na końcu tego niesamowitego zjazdu znajduje się wioska Kyparissi, słynąca kiedyś z najbardziej niedostępnego położenia i ostatnich wakacji Księżnej Diany, a współcześnie coraz częściej ze ścian wspinaczkowych.

Samo Kyparissi (115 km od Maleas) nieco mnie rozczarowało, zarówno swoją wielkością (spodziewałem się czegoś mniejszego) jak i dosyć przeciętną urodą. Z drugiej strony może jestem już nieco wybredny, mając w pamięci dziesiątki niesamowitych miasteczek i wiosek, które widziałem w Grecji. A przecież położenie Kypirissi jest także wyjątkowe – wioska rozrzucona jest po stosunkowo łagodnych zboczach kotliny, która wyżej przechodzi wszędzie w strome zbocza gór i łatwo odnieść wrażenie, że jest zupełnie odcięta od świata i wydostać się można stąd tylko od strony morza.
Jeśli ktoś poparzy ma Google Maps może się tylko utwierdzić w tym przekonaniu. Google nie pokazuje żadnej drogi na północ od Kyparissi i jest to pewnie jedna z największych „pomyłek” wszechwładnej platformy internetowej. W istocie bowiem na północ od Kyparissi droga jest, i to jaka!! Jest to najlepszej jakości droga lokalna jaką widziałem w Grecji. Równa, szeroka, z ogromnymi poboczami, idealnie wyprofilowanymi zakrętami i dokładnie wymalowanymi na asfalcie liniami różnego rodzaju. Na całym 20-kilometrowym odcinku do wioski Fokiano została brutalnie wycięta w nadmorskich zboczach gór. Ilość prac inżynieryjnych jaka została tu wykonana jest zupełnie niesamowita. Zbocza gór na tym odcinku są bowiem bardzo strome, trzeba wyciąć kawał góry żeby zmieściła się taka „autostrada”. Wzdłuż całego tego odcinaka nic nie ma – żadnych wiosek, ani choćby pojedynczych domów, żadnych skrzyżowań z innymi drogami, nawet gruntowymi. Jest tylko błękit morza po prawej stronie, pionowe, pomarańczowe skały odsłonięte z wnętrza ziemi w trakcie budowy, zielone zbocza gór powyżej i niezliczone ilości zatok i półwyspów.

nieistniejąca droga do Fokiano

Przemieszczanie się tą drogą robi niesamowite wrażenie. Jechałem tam powoli, zatrzymywałem się na śniadanie i robienie zdjęć, na końcu już w Fokiano, siedziałem długo na plaży i patrzyłem na nią. Całość zajęła mi nie mniej niż 6 godzin. Przez cały ten czas minęły mnie trzy (!) samochody. Przy tym dwa z nich na początku i na końcu, po dwa razy w obu kierunkach, a więc kierowcy wyruszyli z jednego lub drugiego końca do jakiegoś gaju oliwnego w pobliżu (nic innego tam nie ma) i wrócili. A więc cały ten odcinek przez 6 godzin pokonał jeden samochód. No i mój rower oczywiście 🙂 Ale ja nie potrzebuję takiej autostrady. Lokalna, wąska droga w zupełności by mi wystarczyła; mogłaby być nawet gruntowa. Także jeden samochód na sześć godzin nie potrzebuje takiej magistrali. Jaki zatem jej sens? Spośród wielu szaleństw w Grecji, to wydawało mi się największe. Wydawać ogromne miliony euro na budowę linii w górach, którą główną zaletą jest to, że widać ją z kosmosu? Przy dużym udziale funduszy europejskich z pewnością. Tak jakby nie było innych potrzeb. No ale EU od dawna z ogromną chęcią finansuje tzw. projekty infrastrukturalne, ze szkodą dla wszystkich innych.
A jeśli trasy na Mapach Googla powstają głównie dzięki śladom gpx użytkowników platformy, może ta droga rzeczywiście nie istnieje? – przecież nikt tam nic nie rejestruje, bo nikogo tam nie ma.

*Co ciekawe, po przełączeniu się na widok satelitarny zobaczymy (stan na kwiecień 2022) ten fragment drogi w budowie, częściowo asfaltowy, częściowo gruntowy, częściowo zupełnie nieistniejący. Serwisy oparte  Open Street Map (np. Komoot) pokazują całą tę drogę jako normalnie istniejącą. Wg moich danych opisywana magistrala została oddana do użytku w 2016 roku.

Względna normalność wraca w Fokiano – miejscowości znacznie mniejszej niż Kyparissi i cudownie położonej nad dwoma zatokami. Tawerna jest tu tylko jedna, ale otwarta (podobno) tylko w weekendy. Domów prawie nie widać bo chowają się wśród w większości zdziczałych gajów oliwnych.

Jest tak sielsko, że zostałem tam ponad dwie godziny. Droga przybiera bardziej standardowe rozmiary, jest ponownie dosyć wąska i oddala się od morza. Przede mną 11-kilometrowy podjazd do wioski Pigadi, położonej na płaskowyżu kilkaset metrów wyżej. Przez chwilę jest prawie płasko, mijam dwie kolejne mikro miejscowości Amygdalia i Pyrgoudi  i powtarza się sytuacja z Harakas: nagły skręt w prawo, ponownie w stronę morza i karkołomny zjazd do samej plaży. Nawet różnica poziomów jest podobna i w obu przypadkach wynosi ok. 600 m. Tym razem jednak powierzchnia asfaltu jest nieco bardziej równa, mam zatem (złudne?) poczucie większego bezpieczeństwa. Z drugiej strony poczucie oglądanie świata z okien samolotu jest zupełnie takie samo. W pewnej oddali widać już następny punkt etapowy mojej trasy – Leonidio (165 km).

Leonidio - pomarańcze i ściany wspinaczkowe

Wydaje się, że w Leonidio rządzą pomarańcze i… wspinacze.  Położone na dużej trójkątnej równinie wciśniętej między góry i morze miasteczko, otoczone jest ogromną ilością gajów pomarańczowych, czasami tylko uzupełnionych mandarynkami.  Pomarańcze, które dojrzewają w listopadzie ciągle jeszcze wiszą na drzewach w kwietniu (zadziwiająca właściwość tych owoców), mimo, że te same drzewa mają już nowe kwiaty. Jest zatem niesamowity, świeży i orzeźwiający zapach kwitnących pomarańczy (kwiaty pachną inaczej niż owoce) i ciągle bardzo dużo pomarańczowego koloru w krajobrazie.  Nie brakuje też intensywnej czerwieni. Na północ od Leonidio ale właściwie jeszcze w granicach miasteczka, wznosi się wielka czerwona skała o długości kilkunastu kilometrów – największy po wyspie Kalymos rejon wspinaczkowy w Grecji. Leonidio ma sklepy wspinaczkowe, żywe i liczne tawerny i kawiarnie oraz wspinaczy, których widać wszędzie, o każdej porze dnia (zastanawiam się kiedy oni się wspinają? 🙂 ). Jakby nie było wszystko to tworzy atmosferę zupełnie wyjątkową, niepodobną do niczego innego w Grecji.

zakręty, zatoki i półwyspy

Droga powraca do „nadmorskich tarasów” i podobnie jak między Kyparissi a Fokiano wycięta jest w stromych zboczach nadmorskich gór; podobnie jest też szeroka i równa. Na tym odcinku jednak jej istnienie wydaje się bardziej usprawiedliwione. Ruch samochodowy jest tu większy (chociaż ciągle bardzo komfortowy dla rowerzysty), są różne miejscowości i boczne odgałęzienia. Droga wije się niezliczoną ilością zakrętów, zjazdów i podjazdów, zatok i półwyspów. Oczywiście, widać cały czas morze po prawej stronie, w niezliczonych odcieniach błękitu. Dla tych co jak Krzysztof Kolumb wierzą, że przynosi ono nową nadzieję, widok dający ukojenia i spokój. Tym bardziej, że na tym odcinku ani podjazdy ani zjazdy nie są specjalnie strome ani długie, pozwalając rozkoszować się widokami. Na 185-kilometrze żegnam się z morzem, droga skręca w lewo ostatnim 150-meteowym podjazdem. Końcówka jest już płaska, dojeżdżamy do miasteczka Astros, gdzie ustawiłem umowny koniec opisywanego tu 200-kilometrowego odcinka „najpiękniejszej trasy rowerowej w Grecji”. Ja oczywiście pojechałem dalej, aż do Nafplio, ale ten ostatni 30-kilometrowy odcinek przed dawną stolicą Grecji nie jest już tak atrakcyjny i urodziwy. W przeciwieństwie do miasta Nafplio, które ciągle robi na mnie oszałamiające wrażenie, ale to już temat na inny tekst.

kilka uwag praktycznych

Na początku kwietnia, kiedy pokonywałem opisywaną trasę, pogoda była prawie idealna dla rowerzystów, szczególnie tych nie przepadających za upałami. Temperatura ok. 15-17 stopni, dużo słońca każdego dnia, żadnego deszczu. Jedyna uciążliwość to silniejszy wiatr przez dwa dni (z ponad dwóch tygodni jakie spędziłem na Peloponezie), ale na górskich drogach jest tak dużo zakrętów, że czasami był to także wiatr w plecy. Jak wspomniałem powyżej, jakość asfaltów jest bardzo dobra do rewelacyjnej, spokojnie można się tu wybrać rowerem szosowym (ja jechałem górskim Surly Krampus). Sklepów rowerowych na opisywanym odcinku właściwie nie ma, najbliższy znajduje się w Nafplio. Praktycznie w każdej mijanej wiosce da się znaleźć chociaż jedną otwartą tawernę, w większych miejscowościach także sklepy spożywcze. Prawdziwych kampingów na trasie brak, da się zanocować w wielu pensjonatach czy hotelikach, albo po prostu w namiocie na plaży. Ludzie na całej trasie (jak wszędzie w Grecji) są bardzo gościnni i przychylni dla rowerzystów. Kierowcy wiele razy zwalniali i pozdrawiali mnie ze swoich pojazdów, a czasami także sami oferowali podwózkę! Rowerowy raj 🙂 

ZOBACZ TAKŻE

Peloponnese by bike

Peloponez na rowerze

Pięć tygodni jazdy na rowerze. 1435 km i ponad 17 tys. m przewyższeń. W sensie sportowym czy turystycznym to żaden wyczyn; nie chodziło jednak o rekordy, ale o bycie w …

+ CZYTAJ DALEJ

Grobowce Królów Macedonii

Na początku trzeba wybrać jakieś miejsce na mapie: Metsovo, Dolina Tempi albo Vergina. Nie może być zbyt blisko, podróż musi odzwyczaić od codzienności, przygotować do tego co nowe i niespodziewane.

+ CZYTAJ DALEJ

Pieczęć z Pylos

Jest maj 2015 roku. Teren wykopalisk archeologicznych w rejonie Pałacu Nestora, w południowo-zachodniej części Peloponezu, 15 km od współczesnego miasteczka Pylos nad zatoką Navarino.

+ CZYTAJ DALEJ

Dysk z Fajstos

Nawet gdyby komuś objawił się we śnie król Minos i wyjawił prawdziwe znaczenie inskrypcji, inni i tak by nie uwierzyli

+ CZYTAJ DALEJ